Całe zamieszanie wokół ACTA powoli będzie zapewne nudzić tzw. "internautów" i sprawę będą kontrolować jak dawniej zainteresowani problemem działacze. Coś się jednak w Polsce zmieniło, pytanie, czy to tylko jednorazowy zryw, czy społeczeństwo obywatelskie ma szansę się u nas rozruszać? I co z tym powinna mieć wspólnego edukacja?
Nie zamierzam wnikać w konkretne przepisy niesławnego dokumentu. Jestem zdeklarowanym przeciwnikiem. Miałem nadzieję, że konsekwentne działania nie tylko rozpropagują w naszym kraju wiedzę na temat funkcjonowania prawa autorskiego, wolnych licencji. Ale że w powiązaniu ze znajomością hipertekstu i cyfrowego środowiska swobodnego przetwarzania przez kolejne roczniki Polaków już od dziecka, jest szansa na zmianę. Na pewno należy zacząć się zastanawiać, jakie możliwości przeciwdziałania restrykcjom, na których zależy tak naprawdę pośrednikom medialnym, artystom niekoniecznie tak bardzo, a już na pewno nie wszystkim, można podjąć, żeby dalej walczyć o dostęp do kultury. Bo nie da się już ukryć - czego dowiedli Alek Tarkowski i Mirosław Filiciak w raporcie "Obiegi kultury" - że "pirat" to nie pradawny sprzedawca skopiowanych płyt, ani "złodziej" cyfrowych treści. Ale najczęściej ktoś, kto traktuje cyfrowe kopie znalezione w sieci jako wersje demo lub umożliwiające szeroki kontakt z kulturą (skracam i upraszczam).
Czy zmieni się coś w polskiej edukacji poświęconej mediom i obywatelstwu? Jak wykazywaliśmy w raporcie "Cyfrowa przyszłość. Edukacja medialna i informacyjna w Polsce", w nowej podstawie programowej kształcenia ogólnego media pojawiają się często, ale to nieskoordynowany i niefunkcjonujący jako spójna całość zestaw "wrzutów" na konkretne przedmioty. Co prawda rysuje się podział na kształcenie umiejętności praktycznych na informatyce i zajęciach komputerowych, a umiejętności krytycznych, projektowych i współpracy na zajęciach języka polskiego, plastyki, wiedzy o kulturze. Wciąż nam jednak w publicznej debacie daleko do otwartego przyznania, że sprawne korzystanie z mediów, umiejętność krytycznego odbioru, swobodnego nadawania, tworzenia z innymi i wykorzystywania mediów do organizowania się oraz dyskusji o otaczającej rzeczywistości, w polskiej szkole nie funkcjonuje. Mamy tylko wycinki, skrawki, które pozornie komponują się w spójną całość (i to po żmudnym wypreparowaniu z podstawy programowej). Jednak nie taką, która pozwalałaby na realizowanie wizji np. z pogranicza pomysłu na "obywatela monitorialnego", przytaczanego m.in. przez Henry'ego Jenkinsa. Edukacja medialna nie powinna być oderwana od innych przedmiotów i traktowana jako niemal laboratoryjne, odseparowane od świata zewnętrznego edukowanie z mediami (pamiętajmy, że edukacja to zarówno kształcenie, jak i wychowanie).
Być może zryw związany z ACTA powinien nam uświadomić, że młodzi Polacy, nawet jeśli protestowali, bo protestowali inni, albo jako młodzi podchwycili hasła o zabieraniu wolności i postanowili skorzystać ze swojego prawa do buntu i młodzieżowej energii, potrafią nie tylko odbierać informacje. Potrafią je także analizować, pogłębiać, przeszukując sieć i wspólnie w krótkim czasie organizować się, proponując spójne stanowisko, oparte na konkretnych argumentach. I to widzieliśmy, kiedy tysiące ludzi kierowały do działaczy objaśniających, czym jest ACTA, ale i kiedy traktowano Zbigniewa Hołdysa i jego słowa jako materiał do przetwarzania. Wyzwaniem dla nas nie jest już tylko jak wykształcić obywateli korzystających aktywnie z mediów. Musimy się zastanowić, jak wykorzystać już zdobyte przez nich, zupełnie naturalnie umiejętności, poszerzyć je, udoskonalić (nie wszyscy potrafią tak samo dużo, nie wszystkim udaje się wykorzystanie społecznych umiejętności poza fejsbukiem, o czym pisałem po obserwacji studentek i studentów). I jak uczyć młodzież bycia aktywnymi obywatelami, którzy nie muszą wykrzykiwać swoich potrzeb tylko w ramach wielkich, zbiorowych protestów (czy to w sieci, czy na ulicy), także potrafiących formułować swoje postulaty, zbierać się w większe grupy nie tylko roszczeniowo nastawione do świata, ale i zmieniające go. I to bez konieczności chowania się za maskami. Obywatele nie muszą być anonimowi, nie muszą też koniecznie odkrywać twarzy demonstrując, jak chciałaby pewna "obywatelska" partia. I chociaż podobne działanie nastawione na budzenie obywatelskiej świadomości i wykorzystania mediów w celu oddolnego budowania demokracji byłoby trudne w szkole - to przecież bardzo sztywna, hierarchiczna instytucja - to (nie licząc wielu pozaformalnych działań) nie wymyślono na masową skalę innej przestrzeni spotkania ludzi z różnych grup społecznych, gdzie istnieją wbrew pozorom warunki edukowania do demokracji. Chociaż najchętniej posłałbym na kurs demokracji polskich polityków, którzy uważają często, że "władza ludu" to oddanie głosu raz na cztery lata.
Zdjęcie: Astrojunta CC BY-SA 2.0 z http://pl.wikipedia.org/w/index.php?title=Plik:Anonymous_at_Scientology_in_Los_Angeles.jpg&filetimestamp=20080401031937
Ten tekst, autorstwa Grzegorza D. Stunża jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 Polska.







