W moje ręce wpadła ostatnio książka Aleksandry Pezdy "Koniec epoki kredy". Po wydanych niedawno przez serwis edustyle.pl przewodnikach dla uczniów i nauczycieli na temat mobilnej edukacji, to kolejny tytuł skierowany do nauczycielskiego grona.
Sięgałem po pozycję, obawiając się, że będzie to hurra-optymistyczna książeczka, zbierająca trochę porad, kilka opisów zastosowań, ale i tak oderwana od szkolnej codzienności. Lektura rozwiała moje obawy, pokazała również, że coraz słabiej znam rzeczywistość polskiej szkoły (co ostatnio na szczęście udało mi się trochę zmienić, w trakcie warsztatów w Lublinie) i powinienem zacząć myśleć o badawczym powrocie do edukacyjnej instytucji. Dowiedziałem się również, co ma do powiedzenia techno-edukacyjna awangarda polskich nauczycieli, nawet jeśli nie funkcjonuje jako spójne środowisko i jego zaistnienie jest po części efektem doboru przykładów przez autorkę.
Z pierwszych stron dowiemy się, dlaczego w szkole warto korzystać z internetu. Może to brzmieć banalnie, ale jeśli zamiarem wydawców było trafienie pod nauczycielskie strzechy z nowym tytułem, wyjaśnianie od podstaw jest niezbędne. W końcu nie jest to książka dla już przekonanych, ale pokazująca ignorantom, zastraszonym, przerażonym, niepewnym i tym, którym milcząco lub jawnie zabrania się eksperymentowania, że warto.
Na uwagę zasługuje układ książki. Każda z opisywanych technologicznych nowości jest początkowo ogólnie przedstawiana, ze wskazaniem na charakterystyczne cechy, kontrowersje. Później poznajemy edukatorów, którzy na co dzień wykorzystują narzędzie/ usługę w edukacyjnych działaniach szkolnych lub przyczyniają się do jego rozwoju. Podrozdział poświęcony określonemu aspektowi opisywanej technologii, później poradnik wykorzystywania i na końcu "krok po kroku" - jak zacząć, jak przejść proces rejestracji itd. z wizualnym wsparciem zrzutów ekranu obrazujących kolejne działania. Nie brakuje również ramek z wypunktowaniem najistotniejszych kwestii. W ten sposób, po wstępie na temat internetu w życiu nauczyciela, dowiadujemy się o Wikipedii, blogach na przykładzie gazetowego bloxa, youtube, Facebooka, wiki i o sieciowym bezpieczeństwie. Początkowo zamierzałem dokładniej opisać, na co zwróciłem uwagę. Trzymam teraz przed sobą książkę, oznaczoną stosem żółtych kartek. Stwierdziłem jednak, że moje zaznaczenia podkreślają ważkość dobranego układu i interesujące przykłady, których wypisywanie byłoby niepotrzebnym powielaniem treści z książki.
Polska szkoła, której zreformowanie z końca XX wieku kompletnie nie brało pod uwagę błyskawicznego rozwoju interaktywnych mediów, nie jest terenem przyjaźnie nastawionym do technologicznych nowości. Kosmetyczne zmiany struktury systemu, wydzielające gimnazja, czy bardziej istotne, jeśli doszukiwać się ukrytych założeń, choć może mniej zauważalne, jak utestowienie szkoły, przycinanie wiedzy i umiejętności zgodnie z dziwaczną matrycą negującą twórczość i refleksyjność, wciąż podtrzymują encyklopedyzm i indywidualną pracę. W tym kontekście wartość książki Aleksandry Pezdy, pisanej z perspektywy dziennikarki, choć może już edukacyjnej działaczki, staje się ważną pozycją na polskim rynku edukacyjnym.
Autorka pokazuje, jak pomimo systemowych trudności i ograniczeń wykorzystać nowe możliwości i twórczo wprowadzić je do szkolnej praktyki edukacyjnej. Nie oznacza to jeszcze, że da się obejść systemowe ograniczenia i zbudować za pomocą kilku wskazówek i przykładów dobrych praktyk nowoczesną szkołę (jaka miałaby być - to pytanie, o które wszyscy powinniśmy się aktywnie spierać). Nie da się przecież drobnymi trikami zlikwidować testowych egzaminów, obniżania granicy pomiarów już do trzecioklasistów, ukrytych założeń programowych itp. itd. Można jednak spróbować zhakować system, przekształcając go nie tylko w bardziej atrakcyjny i dzięki formie zachęcający uczniów, ale również rozwijający pomijane przez architektów "zreformowanego" systemu kompetencje i pokazujący "cyfrowym tubylcom", jak można się uczyć. Bo, niestety, młodzież świetnie pływa w medialnym środowisku, ale często ogranicza się do jednego stylu lub porusza tzw. "pieskiem", nie mając pojęcia o innych, bardziej efektywnych sposobach poruszania, co dopiero mówić o nurkowaniu i wynajdywaniu wspaniałych podwodnych znalezisk nieznanego na powierzchni świata.
Zaskakujące jest pytanie zamieszczone na trzeciej, reklamowej stronie: "Czy internet jest edukacją?". O ile dla pedagoga podobne pytania mogą być zadziwiające, z perspektywy docelowej grupy, którą są "analogowi nauczyciele" (zdecydowanie upraszczam) lub ci, którzy nie wiedzą jeszcze, jak wykorzystać internetowe nowinki w codziennej pracy, pytanie wydaje się raczej rodzajem prowokacji, rzuconej w celu pobudzenia czytelników do działania. Czekam na kolejne pozycje autorki opisywanego przewodnika, mając nadzieję, że podobne publikacje, wskazujące nauczycielom możliwości skorzystania z nowoczesnych mediów staną się częścią polskiego, książkowego krajobrazu.
Okładka: materiały prasowe.
Ten tekst, autorstwa Grzegorza D. Stunża jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 Polska.







0 komentarze:
Prześlij komentarz