Szkoła to dzisiaj już nie tylko przestrzeń budynku i okoliczny teren. W szkole to nie zawsze podczas lekcji, na przerwie, zajęciach pozalekcyjnych czy okolicznościowej imprezie. Nauczyciele, rodzice i uczniowie coraz częściej mogą mieć dylemat - kiedy i w jakich okolicznościach można uznać, że dane wydarzenie miało miejsce na "terenie szkoły". I czy wychowawcza funkcja szkoły może być podstawą do ograniczania twórczego korzystania z mediów.
Przynajmniej w ostatnich dziesięcioleciach sytuacja była prosta - szkoła oznaczała najczęściej określoną fizyczną przestrzeń. W dodatku w wyznaczonym czasie, ponieważ np. korzystanie ze szkolnego boiska wieczorami przez uczniów zamieszkujących w okolicy nie było raczej traktowane jako typowa obecność, uczniowie-piłkarze w tej sytuacji nie znajdowali się również pod nauczycielską opieką (zwłaszcza jeśli weszli na teren szkoły przez dziurę w płocie). Przestrzeń szkolna rozciągała się jednak także na sformalizowaną obecność całości lub części szkolnej społeczności w innym miejscu niż szkolny budynek. Mogło to być wyjście do kina lub teatru. Wycieczka szkolna, biwak, wyjazd z nauczycielami na konkurs przedmiotowy. W wymienionych i podobnych sytuacjach uczniowie znajdowali się pod opieką nauczycieli. I chociaż nie trwały lekcje, stosunek podporządkowania był identyczny jak w klasie lekcyjnej (tym samym funkcjonowały szkolne ograniczenia). Przynajmniej z formalnego punktu widzenia, bo chyba nie trzeba nikomu tłumaczyć, że relacje mogły się diametralnie zmieniać, kiedy grupa wciąż szkolna, ale opuszczała szkolne mury.
Rozwój technologii komunikowania przyczynił się do wychodzenia szkoły jako instytucji, ale również szkolnych formalnych i nieformalnych społeczności poza typowe przyzwyczajenia. Placówki funkcjonują w sieci, prezentując swoje strony internetowe, pełniące funkcje wizytówek, informacyjnych tablic. Tworzone są oficjalne platformy dyskusji w rodzaju przyszkolnych forów dyskusyjnych lub nieoficjalne komunikatory tworzone przez uczniów - oddolnie tworzone fora, listy dyskusyjne (mam wrażenie, że ta forma komunikacji zanika wśród współczesnej młodzieży). Nauczycielom zdarza się informować uczniów i dyskutować z nimi przez serwisy społecznościowe lub komunikatory. Pojawiają się również krytyczne lub pariodiujące szkolną rzeczywistość blogi, społecznościowe profile lub grupy. Nauczyciele eksperymentatorzy, ale również całe szkoły i uczelnie korzystają z platform e-edukacyjnych w celu uzupełnienia "realnej" oferty lub zastępując niektóre zajęcia teleobecnością i udostępnianiem materiałów w sieci. Gdzie zatem jest szkoła? Co to znaczy być w szkole? Na ile szkoła może, powinna pełnić swoją kształceniową i wychowawczą funkcję poza fizyczną przestrzenią?
Szukanie odpowiedzi na powyższe pytania może wydawać się stratą czasu. Nie wszyscy zauważają, że wraz z wejściem szkoły na nieznane, nieużywane dotąd terytoria, potrzebne jest ponowne rozważenie zakresów pewnych terminów, jak i odpowiedzialności instytucji, a także praw samych uczniów. Szkoła, chociaż jest instytucją uczącą zawsze w pewnym sensie do przeszłości, a przynajmniej budującą na tradycji i status quo przyszłość, chcąc nie chcąc, zmuszona zostaje krok po kroku do wychodzenia poza znane, bezpieczne środowisko. W tym tekście nie interesuje mnie, na ile istotne jest i czy szkoła powinna otwierać się na nowe przestrzenie oddolnie, wykorzystując energię nauczycielskich aktywistów, czy też skupiać na projektowaniu nowych celów, metod, narzędzi i przygotowywaniu treści, a może łącząc oba te podejścia. Szkoła funkcjonuje zawsze, pomimo ustalonych celów edukacyjnych i strategii ich osiągania, w określonej rzeczywistości społecznej. Szkolna utopia zderza się z codziennością. A ta się zmienia, wraz z wykorzystywaniem nowoczesnych urządzeń. Społeczności zanurzone w świecie wymiany realno-wirtualnej (na rozwijanie wątku "realu" i "wirtualu" nie mam obecnie miejsca ani czasu, dlatego pozwalam sobie na skrót) są tworzone również przez uczestników szkolnych światów. Szkoła zatem, nawet jeśli programowo jest oderwana od bycia na czasie w zakresie wykorzystania nowych technologii, nie jest od nich oderwana zupełnie. Uczniowie i uczennice, nauczycielki i nauczyciele nie korzystają po lekcjach tylko z odręcznego pisma, zeszytów, drukowanych książek oraz tablicy i kredy.
Wraz z wykraczaniem poza typowe przestrzenie szkolnej obecności i odpowiedzialności, niezbędna jest refleksja nad zakresem szkolnej opieki nad uczącymi się w niej jednostkami. Na ile uczniowie mogą sobie pozwolić po lekcjach, wykorzystując nowe media? Na ile mogą sobie pozwolić np. na swoim blogu, publikując nową notkę z fizycznej przestrzeni szkoły? Czy korzystanie ze szkolnego wifi ma w tym wypadku znaczenie, czy może liczy się tylko fizyczna obecność lub tylko korzystanie ze szkolnej sieci? Krótko mówiąc, kiedy uczeń ponosi odpowiedzialność jako uczeń i konsekwencje jego czynów można traktować jako podlegające szkolnej jurysdykcji, a kiedy należałoby rozdzielić aktywność sieciową od bycia uczniem?
Na tematykę praw ucznia w dobie sieci internetowej zwróciłem uwagę po lekturze artykułu "Digital technology changes boundaries of students’ free-speech rights", opublikowanym w internetowym magazynie eSchool News. Wątki poruszone przez autora były jednak osadzone w amerykańskiej przestrzeni, która nie do końca odpowiada polskiej. Oczywiście, nie brakuje zbieżności. Jak traktować autorów fałszywych profili nauczycieli, tworzonych by ich ośmieszyć? Czy szkoła powinna ingerować w podobnych wypadkach? Mamy przecież do czynienia z wydarzeniem związanym z życiem szkolnej społeczności. Jak jednak traktować np. przestrzeń dyskusji w serwisie społecznościowym, jeśli np. obrażanie dyrektora było widoczne tylko dla ograniczonej grupy ludzi? Czy to już publiczna obraza czy może odpowiednik dawnej prywatnej dyskusji uczniów na szkolnym holu, albo w trakcie domówki? Co jeśli prywatna rozmowa w parku albo zapis prywatnej imprezy zostanie upubliczniony?
Amerykański autor skupił się na korzystaniu z uczniowskiej wolności wypowiedzi z wykorzystaniem najnowszych technologii. A to doskonale zbiega się również z przykładami z polskiego podwórka, kiedy medialne wypowiedzi uczniów - chociaż niezwiązane zupełnie ze szkolnym życiem - były piętnowane przez szkołę. Wystarczy przypomnieć film przygotowany przez grupę licealistów, w którym uczeń przebrany za papieża pozdrawiał z "papamobile". A w dalszej części odgrywana postać zasnęła pijana pod garażem. Uczniów spotkała za to kara ze strony szkoły, interesowało się kuratorium (kwestią sądowych zarzutów się nie zajmuję, bo nie do końca są związane ze szkolnym rozwiązaniem "problemu").
Poza listą przykładowych pytań warto zadać jeszcze jedno. Czy dzisiejsza szkoła, która zaczyna dzięki nowym technologiom "wychodzić z siebie", powinna rozszerzać automatycznie zakres wyciągania konsekwencji wobec uczniów, którzy uczą się zabierania głosu w przestrzeni publicznej? A może powinna wprowadzić edukację medialną - tak to temat "mielony" i w tym serwisie wielokrotnie - ale połączoną z edukacją obywatelską? Czy można uczyć wiedzy o społeczeństwie, albo co gorsza tylko wyciągać konsekwencje negatywnych zachowań, z pominięciem edukacji w zakresie obywatelskiego wykorzystania mediów? A takie wykorzystanie, zwłaszcza gdyby miało być działaniem krytycznym, aktywnym, nie jest możliwe bez krytycznego medialnego przygotowania. Czy można zatem uczyć edukacji medialnej bez przygotowywania w zakresie aktywności obywatelskiej? Sam instruktaż w zakresie wykorzystywania niektórych narzędzi to zaledwie drobny krok do budowania obywatelskiego społeczeństwa. Tylko czy szkole, w której wciąż dominują stare schematy komunikacyjne, ukryty program budynków, czy choćby układu sal szkolnych, zależy na rozwijaniu aktywnych, nastawionych prospołecznie jednostek? Czy jest w stanie przezwyciężyć techniczne, infrastrukturalne ograniczenia, a przede wszystkim ograniczenia mentalne i przywiązanie do modelu centrum-peryferia? Zmiana może być prostsza niż się wydaje. Gdyby tylko edukacja przestała być przestrzenią politykierskich rozgrywek. Bo przekształcanie szkoły w przestrzeń zachęcającą do politycznej dyskusji i przygotowującą do niej mogłoby tylko wyjść na dobre młodzieży, która po omacku uczy się wykorzystania mediów i udziału za ich pomocą w publicznej debacie...

Ten tekst, autorstwa Grzegorza D. Stunża jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 Polska.
Photo:






0 komentarze:
Prześlij komentarz