poniedziałek, 11 lipca 2011

(Edu)punk's not dead!


Nowatorskie działania edukacyjne oparte na wykorzystaniu nowoczesnych technologii są w różny sposób nazywane, nadaje się im dobrze brzmiące etykiety, mające podkreślać nowość i świeżość pomysłów. Przykładem może być sieć 2.0, edukacja 2.0. Nie zawsze terminy wskazujące na nowość czy bycie post- w stosunku do określonych narzędzi, metod czy nawet samej kultury są tylko podkreśleniem hurra-optymizmu i marketingowego szaleństwa. Na pewno nie powiedziałbym tak o projekcie kultura 2.0 realizowanym z powodzeniem od kilku lat, który rozlał się już szeroko poza działalność twórców hasła. Wracając jednak do metkowania - czy warto odwoływać się do starych terminów, próbując w ten sposób podkreślić nową jakość edukacyjnych działań?

MOD: w polskiej przestrzeni pisało o tym już trzy lata temu Centrum e-Learningu AGH.

Edupunk - hasło ukute kilka lat temu - to termin, który próbuje łączyć punkowego ducha z działalnością edukacyjną. Punk to termin niejasny, budzący często negatywne konotacje. Negatywny stereotyp, podobnie jak w przypadku terminu "haker" sprawia, że odwoływanie się do tego typu metki może rodzić trudności interpretacyjne i narażać osoby odwołujące się do hasła na nieprzyjemności, spory i konieczność tłumaczenia. Na termin edupunk trafiłem zupełnie przypadkiem, samemu tworząc go w ramach zabawy, zastanawiając się, jakby to było posługiwać się podobnym terminem, odwołując do pozytywnych skojarzeń z punkowym buntem i łącząc z edukacją. Nie zdziwiłem się specjalnie, kiedy odkryłem, że termin funkcjonuje przynajmniej od trzech lat i wywołał niemałe poruszenie, które zaowocowało m.in. panelem dyskusyjnym podczas konferencji SXSW 2009.

W skrócie można powiedzieć, że edupunk odwołuje się do punkowej tradycji sprzeciwu, wyrażającej się w haśle "zrób to sam", czy jak wolą anglojęzyczni "D.I.Y. (do it yourself)". Przywiązanie do oddolności i unikania instytucjonalnej formalizacji, połączone ze sprzeciwem wobec komercjalizacji i hiperkonsumpcji doskonale zgrywa się z wykorzystaniem narzędzi wolnego/otwartego oprogramowania (zwróćcie uwagę na nazwę wspomnianego panelu "Edupunk: Open Source Education") - np. systemów zarządzania treścią, platform pozwalających na prowadzenie edukacji przez internet, a także korzystaniem z otwartych zasobów edukacyjnych jak np. open access i innych uwolnionych treści.

W tej chwili nie wiem jeszcze jak rozwinęły się lub zakończyły losy hasła. Przekopanie większej ilości materiałów zajmie trochę czasu, bo warto zapoznać się z terminem bliżej. Zwłaszcza, że jest to hasło, które nie wskazuje bezpośrednio w nazwie swojej nowości, bycia lepszą wersją. To raczej forma praktycznej krytyki edukacyjnej, która stara się wykorzystać stare już postulaty i wzorować na działalności poza (anty)systemowej, próbując wcielić podobne założenie w nowomedialnej praktyce edukacyjnej. Ze względu na punkowe obrzydzenie do ujmowania w sztywne ramy sam Jim Groom - twórca pojęcia - zwraca uwagę, że definicja edupunk, na którą zgodzą się wszyscy "działacze" nie jest niezbędna. Tym samym trudno wyraźnie określić, czy ta praktyczna krytyka ma charakter bardziej liberalny czy krytyczno-radykalny. W związku z odwołaniem do punkowej różnorodności znajdziemy tam elementy jednego i drugiego podejścia - walkę o wolność jednostki i swobodę decydowania, jak i krytyczne poszukiwanie opresji, np. sięgania przez instytucje do komercyjnych, zamkniętych rozwiązań zarówno w przypadku narzędzi jak i edukacyjnych treści.

Z perspektywy popkulturowo zorientowanego pedagoga mediów niezwykle interesujące jest sięganie do popkulturowych trendów w celu budowania edukacyjnych strategii oporu. Edupunkowy bunt przypomina hakerskie oburzenie zamykaniem kodu, ale w tym wypadku jest to stawianie o(d)poru zamykaniu dostępu do wiedzy i ograniczaniu wyboru narzędzi edukacyjnych do korporacyjnych, zamkniętych produktów (oczywiście wolne/otwarte oprogramowanie również może być wytworem korporacji, podobnie jak uwalniana wiedza w przypadku MIT OCW itp., chodzi mi raczej o korporacje nastawione wyłącznie na zysk, bez dzielenia się ze społeczeństwem np. w postaci udostępniania treści do dalszej rozbudowy).

Jednym z zarzutów w stosunku do edupunkowych pomysłów może być chęć ich realizacji w instytucji. Jak to - antysystemowcy chcą reformować publiczne lub prywatne placówki edukacyjne? Czy nie powinni realizować swoich wizji poza systemem, tworząc własne wyspy oporu, alternatywną przestrzeń edukacyjną? Dzieje się i tak. Termin "peer2peer education" wpisuje się w szeroko rozumiane edupunkowe postulaty. Do tego nie można edupunkom odmówić aktywności obywatelskiej w ramach instytucji, w których są zatrudnieni. Oddolność jest przecież filarem punkowego organizowania i działania. Pomysł stosowania edupunkowej metki nie będzie odpowiadał wszystkim, nie da się ukryć, że jest kontrowersyjna, jest prawdopodobnie wetknięciem kija w edukacyjne, konserwatywne mrowisko. Ale w polskich szkołach i uczelniach - wśród nauczycieli, ale i uczniów - niemało jest miłośników kontrkultury, kulturowego podziemia, którzy mogliby zaszczepiać ideały osobistej wolności, niewykluczające współpracy dla dobra wspólnego, z wykorzystaniem bezpłatnych narzędzi. Promując swobodną wymianę wiedzy, traktowanej jako nasza wspólna własność. Nie wymaga to oczywiście określania się edupunkiem. Ale paradoksalnie kontrowersyjny dla niektórych termin może być szansą na odejście od sztywnych ram politycznych podziałów. Pokazaniem, że jest coś jeszcze. Są oburzeni edukatorzy, którzy potrafią uczyć się z innymi bez grantów i dotacji na najnowszy sprzęt i oprogramowanie, bez konieczności okazywania wdzięczności oficjelom. Korzystając ze swojej niedookreśloności, bazując na energii edukacyjnego oporu, odwołując się do punkowych korzeni z lat '70, '80, ale i późniejszej i obecnej sceny muzycznej (która w polskich warunkach bujnie się rozwijała buntując przeciwko socjalistycznej rzeczywistości, a później dzikiemu kapitalizmowi). Sięgając również do tradycji cyberpunkowego buntu.

Dla akademickiego pedagoga, walczącego o krytyczną edukację medialną, który jednocześnie uczestniczy w budowaniu alternatywnej sceny muzycznej, odwołując się do hasła D.I.Y., nagrywając samodzielnie płyty w podziemiach domu kultury i udostępniając je w internecie na licencjach CC edupunk brzmi bardzo naturalnie. I chociaż pozornie dwa człony hasła mogą się wielu wydawać nie do połączenia, warto odnotować, że kontrkultura edukacyjna nie musi być tylko wąskim polem działań osób zainteresowanych zmianami kulturowymi, ale może funkcjonować jako pełnoprawna, pedagogiczna część medialnej kontrkultury (niestety, pedagodzy mediów, zwłaszcza w Polsce są często pomijani przy dyskusji o edukacji medialnej, a sama edukacja medialna jest traktowana jako pozapedagogiczna działalność).

Zdjęcie:


Licencja Creative Commons Ten tekst, autorstwa Grzegorza D. Stunża jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 Polska.

0 komentarze:

 
Free Web Hosting | Top Web Host