sobota, 12 lutego 2011

(Nowe) media, (nowe) wyzwania, (nowe) ocenianie

Henry Jenkins opisał swoje rozterki związane z ocenianiem w dobie nowych mediów. Czy powinniśmy zezwolić studentom na korzystanie z komputerów podczas egzaminów? Czy możemy sobie jeszcze pozwolić na indywidualne ocenianie? 


Po lekturze "What Constitutes an Open-Book Exam in the Digital Age". Prof. Jenkins kolejny raz zamierzał przeprowadzić egzamin. Kolejny raz chciał pozwolić student(k)om na korzystanie z książek i notatek podczas egzaminu. Motywował to redukcją stresu, a doświadczenie nauczyło go, że pilni studenci i tak przygotują się wcześniej, kiepscy nie zajrzą nawet do notatek, książek. Podejście Jenkinsa nie jest niczym nadzwyczajnym i sam przeszedłem przez kilka egzaminów, na których można było mieć pod ręką pomoce naukowe i do nich zaglądać. Jenkins zaczął się zastanawiać nad swoją praktyką po studenckim pytaniu: "czy komputery również można zabrać na egzamin?".

Studenckie pytanie zmieniło wszystko. Jak by to było, gdyby skonstruować egzamin zdawany przez grupy studentów, pracujących w sieci (w rozumieniu współpracy, nie sieci technologicznej) i za pośrednictwem sieci? Czy idee kolektywnej inteligencji można zaadoptować do akademickich warunków? Wreszcie - co ze stopniami, które w obecnym systemie wciąż najczęściej określają indywidualne osiągnięcia?

"As I started to contemplate these issues, I started to choke. As much as I wanted to be the cool, open-minded teacher, the model pedagogue for the digital age, there was no way I was going to be able to work through all of the implications of this radical shift in classroom practice in time to apply it this semester. A real answer to this question may not be possible in our current educational system, though it is a kind of question which we are going to be asked more and more. So, I spelled all of this out to my students, and challenged them to start thinking through the issues".

Dalej Jenkins pisze, że jeśli jednak nie pozwolić na korzystanie z przenośnych komputerów, cała idea "otwartego egzaminu" legnie w gruzach. Wszystkie materiały i notatki, z którymi studenci mogliby przyjść na zajęcia, leżą przecież w internecie, bo tak zdecydowali wspólnie z prowadzącym na początku zajęć. Wszystkiego wydrukować się nie da.

Zacząłem się zastanawiać nad problemami, jakie napotkał Jenkins. Nie znam dobrze amerykańskiego systemu szkolnictwa wyższego. Nie wiem zatem, na ile wykładowca jest zobowiązany do oceniania tylko na podstawie indywidualnych osiągnięć i jakie mógłby mieć ewentualne nieprzyjemności, gdyby zdecydował się na ocenianie grupowe (czy to z użyciem komputerów czy bez). Być może nie dość dobrze zrozumiałem wątpliwości profesora. Jednak nie widzę problemów przedstawionych przez Jenkinsa tak, jak on je widzi. Być może wynika to z tego, że  podobne, na swoje potrzeby, już rozwiązałem.

Przede wszystkim - w trakcie studiów przebrnąłem przez wiele zajęć, z których ocena była oceną dla całej grupy, pracującej nad realizacją zaliczeniowej pracy. Nie było to dla mnie zatem nic dziwnego i w trakcie prowadzonych przeze mnie zajęć studenci większość zadań realizują w ramach pracy grupowej. Stosuję metodę projektu, studentki i studenci podobnie pracują nad mniejszymi projektami, jak i dużym, zaliczeniowym, w którym stawiam nie na efekt końcowy, ale pracę przez cały semestr, w trakcie której zdobywają wiedzę i doskonalą określone umiejętności. Część projektów realizują tylko w trakcie zajęć i tylko komunikując się przez internet, z zakazem komunikacji werbalnej. Podobnie jak Jenkins, zmuszony jestem wystawić oceny końcowe. Stawiam je jednak poszczególnym uczestni(cz)kom grup za wytwory i osiągnięcia całej grupy. Rodzi to czasami podobne jak u amerykańskiego akademika problemy. Zdarzyło się kiedyś, że grupa zaliczeniowa pokłóciła się przy wystawianiu oceny o wkład poszczególnych osób. Zdarzały się problemy z jednostkami wybitnie niezaangażowanymi. W takim wypadku zostawiam sobie furtkę - grupa może mnie poinformować, że konkretna osoba nie współpracuje, niektórzy zmuszeni są do samodzielnej pracy na zaliczenie. Zdarza się również, ale niezwykle rzadko, że końcowe oceny osób z tej samej grupy różnią się, ze względu na efekty prac wykonywanych indywidualnie, aktywność czy błyskotliwość niektórych wypowiedzi. Podstawą jest jednak ocena grupowa.

Co różni moją pracę od pracy Jenkinsa, to nastawienie na działanie przez dłuższy czas niż próba wdrożenia zasad sieciowej współpracy w trakcie egzaminu. Jest to być może wynik różnicy celów edukacyjnych, do których zmierzamy. Być może profesor jest zmuszony realizować określone wytyczne oceniania, wyznaczone przez uczelnię, to jedno. Druga rzecz, która również może wynikać z wymogów systemowych - jest przyzwyczajony/ zmuszony, że efektem kształcenia ma być wiedza i umiejętności jednostki. I może to jest klucz do zmiany - odejście od indywidualnego oceniania, to odejście również od indywidualnego kształcenia. Nie tylko na egzaminie końcowym można/ trzeba skupić się na pracy grupowej. Należałoby to robić również przez cały proces pracy przedmiotowej. Nie wystarczy tylko zmiana formy zaliczenia. Cel edukacyjny, o którym wspomniałem, powinien przenieść punkt ciężkości z kształcenia jednostki, która ma być lepsza od innych i ma zdobyć określoną wiedzę, na kształcenie jednostek, które potrafią wspólnie realizować określone cele, komunikować się, współpracować i wymieniać wiedzą oraz dzielić wynikami poszukiwań informacji. W pracy, po studiach coraz częściej będą współpracować z innymi, korzystać ze wspólnych zasobów wiedzy i/lub również je tworzyć. Mówiąc brzydko - jednostka potrafiąca działać tylko samodzielnie, w świecie oplecionym siecią będzie miała coraz bardziej "przechlapane"...

Nie oznacza to jednak, że jednostki nie powinny posiąść umiejętności samodzielnego krytycznego myślenia, podstaw wiedzy i umiejętności wypowiadania się w swoim imieniu. Praca w grupie bez żadnego przygotowania uczestniczek/ uczestników nie ma szans powodzenia. Nie ma również sensu, jeśli zdobyta przez grupę wiedza i/lub umiejętności, nie jest jednocześnie lub nie przyczynia się do rozwoju wiedzy i/lub umiejętności poszczególnych jednostek. Gdyby tak było, cały proces byłby stratą czasu, bo grupy tworzone na potrzeby zaliczenia mogą nigdy już nie spotkać się w identycznym składzie, a na pewno wspólnie nie przejdą przez całe życie. Chyba nie jestem (jeszcze?) w stanie przyznać, że dałoby się zawsze i wszystkiego uczyć w ramach realizacji grupowych zadań, a na pewno, że celem ma być tylko rozwój umiejętności przydatnych w trakcie grupowego działania. Nie chodzi przecież o to, by jednostki bez grupy były bezradne, ale potrafiły działać razem, wspólnie tworzyć i rozwiązywać problemy.

Niedawno skończyłem pisanie długiego tekstu "Pedagogiczna luka uczestnictwa. Edukacja medialna studentów na przykładzie serwisu www.edukatormedialny.pl " na temat grupowej współpracy w ramach zaliczenia zajęć. Mam nadzieję, że uda mi się go w najbliższych miesiącach opublikować. Jeśli nie przyjmie go żadne pismo, pojawi się na pewno niebawem w "Edukatorze Medialnym". W tekście przedstawiam przebieg pracy w grupach, problemy, jakie napotkałem przy grupowym ocenianiu, jednak głównie skupiam się na odpowiedzi na pytanie, "czy młodzi ludzie potrzebują przewodników w medialnej edukacji?".
Licencja Creative Commons
Ten tekst, autorstwa Grzegorza D. Stunża jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 Polska.

Zdjęcie: www.sxc.hu laura00

0 komentarze:

 
Free Web Hosting | Top Web Host