czwartek, 17 grudnia 2009

Popkultura i media w edukacji

Pozostajemy w filmowym klimacie. Niedawno obejrzałem "Dystrykt 9", film science-fiction, będący sprytnym połączeniem znanych motywów o kosmitach i spleceniem różnorodnych gatunków filmowych. Kolejny raz popkultura może być zaprzęgnięta do edukacyjnego wózka. Nie tylko w zakresie medialnej edukacji.

Na Ziemię przylatuje statek, który po kilku miesiącach lewitowania nad jednym z miast Republiki Południowej Afryki, zostaje siłą otwarty przez ludzi. Na pokładzie odkrywcy znajdują milion obcych, żyjących w okropnych warunkach. Są transportowani na Ziemię, dostają leki, żywność i wyznacza się dla nich specjalną strefę, w której mogą zamieszkać.

Nietrudno się domyślić, że "strefa dla kosmitów" staje się dzielnicą slumsów. Szybko staje się jasne, że przybysze i ludzie nie są w stanie się zintegrować. W zamkniętej dzielnicy, która przypomina prowizoryczny obóz dla uchodźców, szerzy się narkomania - kosmici uwielbiają karmę dla kotów - międzygatunkowa prostytucja, zdarzają się zabójstwa ludzi poza strefą, dokonane przez przybyszów i agresywne działania wobec obcych.

Film naprawdę warto obejrzeć, bo pomimo aspiracji do hollywoodzkiej produkcji, nie jest jednorodny. Dynamika, polityczne zagrywki i nieprawdopodobny wątek pokazany w konwencji dokumentu pozwalają na dobrą zabawę, pomimo prostoty głównej linii narracji.

Nie zapominajmy jednak, że jesteśmy w Afryce. Główny bohater jest białym urzędnikiem, który dostaje zadanie przekonania kolejnych obcych do przeniesienia do nowego obozu. Skojarzenie z apartheidem nasuwa się samo, dodatkowo, w getcie lokują się czarni przestępcy spoza RPA, działający poza prawem, handlujący z obcymi i próbujący skorzystać z ich tajemniczych broni.

Być może nie pisałbym o filmie, nie czytając wpisu Trici Kress "District 9 - Stupid Movie or Stupidification", w którym autorka kładzie nacisk na brak zrozumienia dla filmu przez większość oglądających. Blogerka pyta, jak to się dzieje, że kiepski "Transformers" zyskuje aprobatę, a odstający od większości ogłupiających produkcji, a jednak trzymający się w tonie Hollywood "Dystrykt 9" traktowany jest jako najgłupszy film naukowej-fikcji?

Tricia pisze w swoim tekście:

"Once I became accustomed to the a-typical faux-documentary aspect of this Hollywood summer blockbuster, I quickly began to replace the “prawns” (derogatory name for alien in the film) with any number of displaced, interned, exploited, and/or exterminated peoples".

Skojarzenie kosmitów z innymi uciskanymi nasuwa się dość szybko. Szkoda, że wielu, zarówno kinowych współoglądaczy, o których wspomina Tricia, jak i recenzentów na forach dyskusyjnych, nie dostrzega potencjału krytyki społecznej, jaki tkwi w tym filmie. Skojarzenie z uciskiem i podziałem na "swoich" i "obcych" jest zrozumiałe nawet dla ludzi, którzy nie widzieli filmu . W redakcji, gdzie dodatkowo pracuję, odnowioną część budynku zajęli informatycy, którzy zostali sąsiadami redaktorów. Na drzwiach wejściowych, w proteście przeciwko ich tłumnemu przechodzeniu przez redakcyjną halę i nieustanne głośnie granie w piłkarzyki, pojawił się plakat "Dystrykt 9, strefa tylko dla ludzi. Obcy precz!". Oczywiście, był to rodzaj czarnego żartu, ale świadczący o jasności filmowego przekazu.

I tutaj chciałbym zwrócić uwagę na edukacyjne możliwości wykorzystania filmu. Nie da się ukryć, że przemówienie do dzisiejszej młodzieży, jeśli do dyspozycji mamy tylko własne refleksje i odwołania do pisanych tekstów, jest niemal niemożliwe. Popkultura wypuszcza jednak co rusz nowe materiały, które po odpowiedniej obróbce intelektualnej można wykorzystać dla dalekosiężnych, edukacyjnych celów.

"Dystrykt 9", jako dynamiczny film akcji, odgrzewający stare wątki science-fiction, świetnie się do tego nadaje. Bo porusza kwestie społecznych nierówności i ucisku, a także międzykulturowej komunikacji. I nie jest to pojedyncza produkcja nastawiona na zysk, którą można wykorzystać do budzenia świadomości, na styku krytycznego myślenia, edukacji medialnej i troski o przyszłość młodego pokolenia. Może brzmi to naiwnie, ale jeśli młodzi nie rozumieją naszego języka, to jedynym wyjściem może być konieczność nauczenia się ich kodu, zwłaszcza, że wielu z wolnościowych pedagogów to ludzie niewiele starsi od zbuntowanych, mało odpornych na konsumpcyjne kuszenie nastolatków...

autor: gds
zdjęcie: dystrykt9

Tekst jest dostępny na
licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 2.5 Polska.

2 komentarze:

Piotr Siuda pisze...

"Międzygatunkowa prostytucja" - zsam pomysł jest niesamowity, a twórcy filmu chyba p"przesadzili";)

Co do edukacyjnych wartości filmu oczywiście masz rację. Na pewno warto wykorzystywać produkcje tego typu w celach wychowawczych. Mam jednak pewne wątpliwości, czy większość młodzieży będzie chciała wykryć w różnych tekstach. Wczoraj byłem w kinie na Avatarze (swoją drogą nigdy nie widziałem w kinie takiej ilości osób na filmie sci-fi). Film z przesłaniem, śmiało mogący być wykorzystany w celach edukacyjnych, budzenia świadomości ekologicnzej, itd. Mimo to wsłuchując się w rekacje widowni, rozciagające się d głupkowatego śmiechu podczas poważnych moim zdaniem scen, do histerycznego płaczu, na scenach przesadnie sentymentalnych, spowodowały, że zwąpiłem w to, czym sam się naukowo zajmuję - w "inteligencję" odbiorców. Odniosłem wrażenie, że dla większości to po prostu dobra poświąteczna rozrywka, o której zapomnieć można zaraz po wyjściu z kina. Być może tylko bardzej zaangażowani odbiorcy kultury popularnej (np fani) mogą "wyciagnać" z tekstow jakieś edukacyjne wartości, być może tylko oni są w stanie być przez popkulturę edukowanymi...

GDS pisze...

Zgadzam się, że odbiorcy, zwłaszcza w tłumie, gdzie dąży się raczej do przeciętności, mogą zwracać uwagę na tymczasowe doznania, efekty i szukać okazji do śmiechu. Postępującego ogłupienia nie zatrzymamy tylko proponując określone produkcje o edukacyjnych walorach. Uważam natomiast, że produkcje takie można wykorzystać w szkole, w działaniach w internecie, w zwykłych rozmowach z młodymi ludźmi i kierować ich myślenie na krytyczne tory. Może to być o wiele łatwiejsze niż odwoływanie się do nieznanych im przykładów, nudnych książek pisanych trudnym językiem itd.

A na Avatara wybieram się za kilka dni. Jak widać promocja robi swoje i trzeba rezerwować miejsca kilka dni przed seansem, żeby obejrzeć film. A może to nowy trend? Zauważyłem, że coraz więcej osób interesuje się popularnonaukowymi ciekawostkami, może zatem warto snuć opowieści łączące "Władcę pierścieni" z high tech?

 
Free Web Hosting | Top Web Host