poniedziałek, 4 maja 2009

Rozmowa z dr. Mirosławem Filiciakiem

Opublikowano 22:47 by GDS



Poniższym wpisem mam nadzieję zapoczątkować kolejny po "studenckim okiem" cykl w pracowni54. Będzie to kilka rozmów z osobami zaangażowanymi w myślenie/ działanie w zakresie edukacji medialnej w Polsce. Czym jest edukacja medialna, jak funkcjonuje w przestrzeni polskiej szkoły, dlaczego warto włączać się aktywnie w konstruowanie medialnej przestrzeni edukacyjnej i o wiele innych spraw będę pytał zaproszonych rozmówców.

Dzisiaj prezentuję rozmowę z dr. Mirosławem Filiciakiem. Jak można przeczytać na blogu kultura 2.0:
"Mirosław Filiciak (1976) medioznawca, adiunkt w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej, redaktor kwartalnika “Kultura Popularna”. Jego zainteresowania ogniskują się na przecięciu zjawisk kultury współczesnej i mediów cyfrowych". Zachęcam do lektury i dyskusji w komentarzach. Jak zobaczycie, trudno mi wcielić się głównie w rolę pytającego i za to przepraszam Rozmówcę, jak i czytelników.

Grzegorz D. Stunża: Jesteś jednym z niewielu animatorów myślenia o edukacji medialnej w Polsce, chociaż nie jest to jedyny obszar Twojej naukowej i społecznej aktywności. Nie tylko podejmujesz edukacyjną tematykę podczas konferencji naukowych, prowadzisz warsztaty, ale również zajmujesz się codzienną promocją idei "kultury 2.0", pisząc wspólnie z Alkiem Tarkowskim bloga o tym samym tytule. Czym przyciągnęła Cię edukacja medialna, jak sam definiujesz jej zakres i dlaczego warto się nią zajmować, nie będąc z wykształcenia pedagogiem?

Mirosław Filiciak: Nie jestem pedagogiem, jednak silnie identyfikuję się z tradycją studiów kulturowych rozumianych jako projekt edukacyjny, w ramach którego środowiska akademickie powinny nie tylko badać, w jaki sposób ludzie uczestniczą w kulturze, ale również popularyzować wiedzę o mechanizmach nią rządzących. Dlatego jako osoba zajmująca się mediami mam problem z sytuacją, w której wiedzę o tym, jak funkcjonują środki przekazu można zdobyć z reguły dopiero na studiach. Pewnie zabrzmi to populistycznie, ale jestem przekonany, że skoro media stanowią ważną część naszego życia, bo z nich czerpiemy informacje, one zapośredniczają też dużą część naszych kontaktów społecznych, to nauka krytycznej postawy wobec mediów, swojego rodzaju podejrzliwości, powinna być kluczowym obowiązkiem szkoły na znacznie wcześniejszym etapie edukacji. Do tego dochodzi problem związany z pojawieniem się mediów cyfrowych, pozwalających użytkownikom na stosunkowo proste włączenie się w dyskusję publiczną czy obieg dóbr kultury już nie tylko w roli konsumentów, ale i twórców. Stąd edukację medialną postrzegam jako ważny element funkcjonowania demokratycznego społeczeństwa, działanie na rzecz niwelowania różnic społecznych. Jej efektem powinien być podparty wiedzą krytyczny stosunek do mediów plus świadomość, że warto aktywnie korzystać z narzędzi oferowanych przez internet. Oczywiście tu pojawia się inny problem - jeśli młodzi ludzie mają być podejrzliwi wobec wszystkich źródeł informacji, a równocześnie mamy ich utwierdzać w przekonaniu, że samodzielne tworzenie wiedzy poza instytucjami, choćby na forach internetowych, stanowi wartość samą w sobie, to można mieć wątpliwość, na ile to wszystko daje się pogodzić z tradycyjnie rozumianym szkolnictwem.

GDS: Mamy zatem "pedagogów podejrzliwości", sądzę, że nieistotne jest, czy z papierem pedagoga, czy jak w Twoim przypadku identyfikujących się z określoną tradycją intelektualną. Z drugiej strony mamy media, które chcą, byśmy podejrzliwi nie byli, do tego kanały komunikowania i cyfrowe narzędzia, pozwalające na tworzenie oraz publiczną dyskusję na dowolny temat. Czy nie obawiasz się, że ta "wszechmożliwość" dyskusji i kreacji jest jednocześnie przyczyną rozmycia podejrzliwości w natłoku powierzchownych debat i wytworów? Brzmię teraz zapewne jak "internetosceptycy", ale wielkie media wkroczyły już w świat internetowego metamedium i pomimo oferowania wielu społecznych i twórczych możliwości, często kierują naszą uwagę jak najdalej od sceptycyzmu i faktycznego zdobywania wiedzy. Wspomniałeś o tym, by edukację medialną, niwelującą różnice i kształcącą w zakresie budowania krytycznej postawy wobec mediów wyznaczyć jako obowiązek szkoły. A przecież mieliśmy do niedawna międzyprzedmiotową ściężkę edukacji czytelniczej i medialnej więc może zostawmy środowiskom akademickim wyłącznie szkolenie nauczycieli?

MF: Nie jestem bezkrytycznym optymistą, ale wierzę w potencjał internetu. Oczywiście jasno widać, że od samego potencjału do jego wykorzystania przez użytkowników jest daleka droga. Ostatnia dekada wyraźnie ujawniła "polityczny dramat interaktywności", jak nazywa to Alexander Galloway. Od końca lat 60-tych idea nowych mediów krążyła wokół założenia, że często negatywny wpływ środków przekazu na sferę publiczną to wynik ostrego podziału na nadawców i odbiorców, czyli rządzących i rządzonych. Dziś widzimy, że sama możliwość zabrania głosu w sieci niewiele zmienia, wprowadzając przy tym jeszcze większy chaos i polaryzację dyskursu. Ale ja wciąż wierzę, że duża grupa odbiorców, jeśli otrzyma odpowiednie narzędzia i wskazówki możliwość zabierania głosu w sieci może wykorzystać inaczej, niż do wpisywania antysemickich komentarzy pod artykułami na Onecie. Muszą tylko dostrzec jakąś wartość we własnej aktywności i w dzieleniu się wiedzą z innymi. Powinni też stać się bardziej krytycznymi i roszczeniowo nastawionymi wobec koncernów medialnych odbiorcami. Szkoła tutaj wyraźnie zostaje z tyłu i nie spełnia oczekiwań, bo nie dość, że tematyka edukacji medialnej jest raczej w odwrocie, co widać w nowych wytycznych programowych, to dodatkowo myślenie o niej krąży często wokół informatyki czy nauki obsługi pakietów biurowych, co jest potwornym nieporozumieniem - nie o to chodzi! I mówienie tego na głos jest wg mnie rolą dla środowisk akademickich. Zwłaszcza, że takie mniej techniczne rozumienie edukacji medialnej byłoby szansą na przezwyciężenie obaw nauczycieli, którzy nie posługują się komputerami tak sprawnie, jak uczniowie. Oczywiście pozostają inne kłopotliwe dla nauczycieli aspekty tej sprawy - dowartościowanie popkultury, nieformalnego uczenia się od rówieśników czy dyskusja o Wikipedii czy korzystaniu z Google'a, często postrzegane jako szkodliwe z definicji, winne przekłamaniom i plagiatom. Zdaję sobie sprawę, że to wszystko dla wielu osób nie mieści się w akceptowalnym modelu kształcenia. Dlatego obawiam się, że będzie rosnąć przepaść pomiędzy tym, co młodzi ludzie robią poza szkołą, a tym, czym się w niej zajmują. Jeśli więc nie rozpoczniemy wielkiej dyskusji o tym, jaką rolę powinna pełnić szkoła w XXI wieku - a na razie nic tego nie zapowiada, bo o szkole mówi się dużo, ale w zupełnie innych kontekstach - formalna edukacja będzie chyba skazana na stopniową marginalizację, a nieformalna będzie rozwijać się poza wszelką kontrolą, czego konsekwencje mogą być bardzo różne.

GDS: Komentarze pod artykułami w portalach i nawet ich zawartość mnie nie przeszkadzają. Bardziej przeraża mnie co komentują czytelnicy. Jeśli idiotyczny tekst o, wybacz, "dupie Maryni" komentuje kilkaset osób, a interesujący tekst w poważniejszym serwisie, blogu czy czasopiśmie zaledwie kilka, to widać ogromną dysproporcję mocy nadawców, ale i zapotrzebowania odbiorców. Może zatem powinniśmy, jako ludzie zamierzający nieco zmienić świat przestrzeni medialnej, szkolić się wzajemnie w przyciąganiu uwagi młodych ludzi?

Powtarzałem to już kiedyś, ale chyba czas wejść do sieci z edukacyjną, oddolną strategią. Nie tylko pokazując jak można zdobywać interesujące informacje i budować wiedzę, ale rozbudzając również pragnienie poszerzania wiedzy. Może się ze mną nie zgodzisz, ale znowu będę sceptyczny - serwisy społecznościowe, przynajmniej te budowane przez komercyjne instytucje, to tylko kolejne biznesowe projekty. Mogą być wartościowe, ale tylko kiedy mamy pomysł na ich edukacyjne wykorzystanie i przebijemy się z edukacyjną wizją wbrew tendencjom do nieustannego wstawiania "fotek", lansowania i konkurowania ilością znajomych w profilu.

I pytanie na koniec, bo się wyżej za bardzo rozpędziłem. Czy widzisz szansę na powstanie prężnego, silnego środowiska promującego krytyczną edukację medialną? Czy popularność Wikipedii w Polsce, wzrost użytkowników licencji creative commons, powstanie Koalicji Otwartej Edukacji, "wolne podręczniki", "kultura 2.0" i wiele innych pomysłów mogą być zaczątkiem platformy współpracy, dążącej do zmian w polskiej szkole? Wolałbym, by uczniowie, przy marginalizacji formalnej edukacji, jak to nazwałeś, nie byli zmuszeni jednocześnie kuć do testów, żeby zdobyć potwierdzenie dopasowania do błędnego systemu i dodatkowo uczyć się naprawdę po godzinach pracy w szkolnej fabryce.

MF: Trudno się nie zgodzić, taka wizja "edukacyjnej partyzantki" brzmi świetnie, zresztą w podobnym kierunku idą zagraniczne projekty, np. amerykański New Media Literacies Project, coraz częściej zajmujący się dobudowywaniem edukacyjnego kontekstu do treści i usług komercyjnych, dostępnych w sieci i wykorzystywanych masowo przez młodzież. Próbujący korzystać z profesjonalnych, dopracowanych i stale rozwijanych serwisów, ale wskazujący równocześnie, że to narzędzia które można wykorzystać do samokształcenia. Trudniejszą sprawą jest jednak konkretna odpowiedź na pytanie, jak na masową skalę wciągać młodych ludzi w tego typu interakcje. Ci, którzy chcą korzystać z internetu do szeroko rozumianego samorozwoju, mają ku temu setki okazji i zapewne z nich korzystają. Ale reszta? Przyznaję, że moje doświadczenia w tej materii są dość ponure, mam też wrażenie, że dla pokolenia dzisiejszych nastolatków na znaczeniu traci też niegdyś chwytliwa kategoria buntu, więc przedsięwzięcia w których pobrzmiewałaby "antysystemowość" niekoniecznie muszą spotkać się z zainteresowaniem. Ale chyba nie ma innego wyboru, niż próbować. Pokazywać młodym ludziom, że z nowymi technologiami można zrobić coś fajnego, że telefonem komórkowym można nakręcić nie tylko ekscesy w szkolnej toalecie, ale też poważny film. Że korzystanie z tych wszystkich gadżetów może mieć głębszy, niż tylko rozrywka, sens, oferując rodzaj twórczego i obywatelskiego treningu. I chyba rzeczywiście rodzi się rodzaj środowiska, które popycha dyskusję o przemianach edukacji w tym kierunku. Nie mam jednak złudzeń - dziś wciąż jest to maleńka nisza, nie zawsze dobrze radząca sobie z komunikacją z ogromnym środowiskiem pedagogicznym. Nie wolno się jednak zniechęcać, bo skoro jesteśmy przekonani o potrzebie zmian, trzeba do nich dążyć. Choć nie jest to proste.

1 Response to "Rozmowa z dr. Mirosławem Filiciakiem"

.
gravatar
Gen Disobey Says....

Zastanawiam się od jakiegoś czasu czy da się zaangażować ludzi wokół abstrakcyjnych w sumie idei typu "krytyczne uczestnictwo". Spodobało mi się w sumie zaczytane gdzieś do pracy mgr spostrzeżenie jakiegoś specjalisty od LLL, że ludzie najwięcej uczą się uczestnicząc w ruchach społecznych. Przekładając to na edukację medialną - momentalnie uczysz się czytać krytycznie, gdy próbujesz pojawić się ZE SWOIM PRZEKAZEM, z przekazem o którym wiesz, że jest ważny dla grupy ludzi. Wtedy nie tylko obserwujesz jak ci to nie wychodzi, ale walczysz o to, żeby w końcu wyszło; czytasz i dowiadujesz się jak robią to inni.

Trochę to przypomina "rozpoznanie przez walkę", ale czasem prowadzi do interesujących i konstruktywnych projektów przekraczających to, co rozumiemy pod pojęciem propagandy. Chociaż umówienie się i spadnięcie na wybrane forum grupą znajomych, by przychylnie dla swojej grupy ustawić dyskurs... ma swój urok i potrzebne do nauki emocje :))

Obserwatorzy

eXTReMe Tracker