poniedziałek, 4 maja 2009
Rozmowa z dr. Mirosławem Filiciakiem
Dzisiaj prezentuję rozmowę z dr. Mirosławem Filiciakiem. Jak można przeczytać na blogu kultura 2.0:
"Mirosław Filiciak (1976) medioznawca, adiunkt w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej, redaktor kwartalnika “Kultura Popularna”. Jego zainteresowania ogniskują się na przecięciu zjawisk kultury współczesnej i mediów cyfrowych". Zachęcam do lektury i dyskusji w komentarzach. Jak zobaczycie, trudno mi wcielić się głównie w rolę pytającego i za to przepraszam Rozmówcę, jak i czytelników.
Mirosław Filiciak: Nie jestem pedagogiem, jednak silnie identyfikuję się z tradycją studiów kulturowych rozumianych jako projekt edukacyjny, w ramach którego środowiska akademickie powinny nie tylko badać, w jaki sposób ludzie uczestniczą w kulturze, ale również popularyzować wiedzę o mechanizmach nią rządzących. Dlatego jako osoba zajmująca się mediami mam problem z sytuacją, w której wiedzę o tym, jak funkcjonują środki przekazu można zdobyć z reguły dopiero na studiach. Pewnie zabrzmi to populistycznie, ale jestem przekonany, że skoro media stanowią ważną część naszego życia, bo z nich czerpiemy informacje, one zapośredniczają też dużą część naszych kontaktów społecznych, to nauka krytycznej postawy wobec mediów, swojego rodzaju podejrzliwości, powinna być kluczowym obowiązkiem szkoły na znacznie wcześniejszym etapie edukacji. Do tego dochodzi problem związany z pojawieniem się mediów cyfrowych, pozwalających użytkownikom na stosunkowo proste włączenie się w dyskusję publiczną czy obieg dóbr kultury już nie tylko w roli konsumentów, ale i twórców. Stąd edukację medialną postrzegam jako ważny element funkcjonowania demokratycznego społeczeństwa, działanie na rzecz niwelowania różnic społecznych. Jej efektem powinien być podparty wiedzą krytyczny stosunek do mediów plus świadomość, że warto aktywnie korzystać z narzędzi oferowanych przez internet. Oczywiście tu pojawia się inny problem - jeśli młodzi ludzie mają być podejrzliwi wobec wszystkich źródeł informacji, a równocześnie mamy ich utwierdzać w przekonaniu, że samodzielne tworzenie wiedzy poza instytucjami, choćby na forach internetowych, stanowi wartość samą w sobie, to można mieć wątpliwość, na ile to wszystko daje się pogodzić z tradycyjnie rozumianym szkolnictwem.
GDS: Mamy zatem "pedagogów podejrzliwości", sądzę, że nieistotne jest, czy z papierem pedagoga, czy jak w Twoim przypadku identyfikujących się z określoną tradycją intelektualną. Z drugiej strony mamy media, które chcą, byśmy podejrzliwi nie byli, do tego kanały komunikowania i cyfrowe narzędzia, pozwalające na tworzenie oraz publiczną dyskusję na dowolny temat. Czy nie obawiasz się, że ta "wszechmożliwość" dyskusji i kreacji jest jednocześnie przyczyną rozmycia podejrzliwości w natłoku powierzchownych debat i wytworów? Brzmię teraz zapewne jak "internetosceptycy", ale wielkie media wkroczyły już w świat internetowego metamedium i pomimo oferowania wielu społecznych i twórczych możliwości, często kierują naszą uwagę jak najdalej od sceptycyzmu i faktycznego zdobywania wiedzy. Wspomniałeś o tym, by edukację medialną, niwelującą różnice i kształcącą w zakresie budowania krytycznej postawy wobec mediów wyznaczyć jako obowiązek szkoły. A przecież mieliśmy do niedawna międzyprzedmiotową ściężkę edukacji czytelniczej i medialnej więc może zostawmy środowiskom akademickim wyłącznie szkolenie nauczycieli?
MF: Nie jestem bezkrytycznym optymistą, ale wierzę w potencjał internetu. Oczywiście jasno widać, że od samego potencjału do jego wykorzystania przez użytkowników jest daleka droga. Ostatnia dekada wyraźnie ujawniła "polityczny dramat interaktywności", jak nazywa to Alexander Galloway. Od końca lat 60-tych idea nowych mediów krążyła wokół założenia, że często negatywny wpływ środków przekazu na sferę publiczną to wynik ostrego podziału na nadawców i odbiorców, czyli rządzących i rządzonych. Dziś widzimy, że sama możliwość zabrania głosu w sieci niewiele zmienia, wprowadzając przy tym jeszcze większy chaos i polaryzację dyskursu. Ale ja wciąż wierzę, że duża grupa odbiorców, jeśli otrzyma odpowiednie narzędzia i wskazówki możliwość zabierania głosu w sieci może wykorzystać inaczej, niż do wpisywania antysemickich komentarzy pod artykułami na Onecie. Muszą tylko dostrzec jakąś wartość we własnej aktywności i w dzieleniu się wiedzą z innymi. Powinni też stać się bardziej krytycznymi i roszczeniowo nastawionymi wobec koncernów medialnych odbiorcami. Szkoła tutaj wyraźnie zostaje z tyłu i nie spełnia oczekiwań, bo nie dość, że tematyka edukacji medialnej jest raczej w odwrocie, co widać w nowych wytycznych programowych, to dodatkowo myślenie o niej krąży często wokół informatyki czy nauki obsługi pakietów biurowych, co jest potwornym nieporozumieniem - nie o to chodzi! I mówienie tego na głos jest wg mnie rolą dla środowisk akademickich. Zwłaszcza, że takie mniej techniczne rozumienie edukacji medialnej byłoby szansą na przezwyciężenie obaw nauczycieli, którzy nie posługują się komputerami tak sprawnie, jak uczniowie. Oczywiście pozostają inne kłopotliwe dla nauczycieli aspekty tej sprawy - dowartościowanie popkultury, nieformalnego uczenia się od rówieśników czy dyskusja o Wikipedii czy korzystaniu z Google'a, często postrzegane jako szkodliwe z definicji, winne przekłamaniom i plagiatom. Zdaję sobie sprawę, że to wszystko dla wielu osób nie mieści się w akceptowalnym modelu kształcenia. Dlatego obawiam się, że będzie rosnąć przepaść pomiędzy tym, co młodzi ludzie robią poza szkołą, a tym, czym się w niej zajmują. Jeśli więc nie rozpoczniemy wielkiej dyskusji o tym, jaką rolę powinna pełnić szkoła w XXI wieku - a na razie nic tego nie zapowiada, bo o szkole mówi się dużo, ale w zupełnie innych kontekstach - formalna edukacja będzie chyba skazana na stopniową marginalizację, a nieformalna będzie rozwijać się poza wszelką kontrolą, czego konsekwencje mogą być bardzo różne.
I pytanie na koniec, bo się wyżej za bardzo rozpędziłem. Czy widzisz szansę na powstanie prężnego, silnego środowiska promującego krytyczną edukację medialną? Czy popularność Wikipedii w Polsce, wzrost użytkowników licencji creative commons, powstanie Koalicji Otwartej Edukacji, "wolne podręczniki", "kultura 2.0" i wiele innych pomysłów mogą być zaczątkiem platformy współpracy, dążącej do zmian w polskiej szkole? Wolałbym, by uczniowie, przy marginalizacji formalnej edukacji, jak to nazwałeś, nie byli zmuszeni jednocześnie kuć do testów, żeby zdobyć potwierdzenie dopasowania do błędnego systemu i dodatkowo uczyć się naprawdę po godzinach pracy w szkolnej fabryce.

1 Response to "Rozmowa z dr. Mirosławem Filiciakiem"
Zastanawiam się od jakiegoś czasu czy da się zaangażować ludzi wokół abstrakcyjnych w sumie idei typu "krytyczne uczestnictwo". Spodobało mi się w sumie zaczytane gdzieś do pracy mgr spostrzeżenie jakiegoś specjalisty od LLL, że ludzie najwięcej uczą się uczestnicząc w ruchach społecznych. Przekładając to na edukację medialną - momentalnie uczysz się czytać krytycznie, gdy próbujesz pojawić się ZE SWOIM PRZEKAZEM, z przekazem o którym wiesz, że jest ważny dla grupy ludzi. Wtedy nie tylko obserwujesz jak ci to nie wychodzi, ale walczysz o to, żeby w końcu wyszło; czytasz i dowiadujesz się jak robią to inni.
Trochę to przypomina "rozpoznanie przez walkę", ale czasem prowadzi do interesujących i konstruktywnych projektów przekraczających to, co rozumiemy pod pojęciem propagandy. Chociaż umówienie się i spadnięcie na wybrane forum grupą znajomych, by przychylnie dla swojej grupy ustawić dyskurs... ma swój urok i potrzebne do nauki emocje :))
Prześlij komentarz