wtorek, 6 listopada 2007

plagiat i (nowe) media

Dzisiejsi uczniowie i studenci, którzy należą już do tzw. "generacji sieci", a ta, jak przekonuje autor w jednym tekstów zbioru "Educating the Net Generation" zaczyna się od urodzonych w 1982 roku, potrafią w większości biegle posługiwać się komputerem. Korzystają z sieci, gdzie nie tylko tworzą alternatywne światy, zawiązują kontakty społeczne, podtrzymują znajomości realne, ale również publikują swoje wytwory, zbudowane często w oparciu o fragmenty innych dzieł, znalezionych w internecie. Korzystając z sieciowych usług lub biurkowych programów do edycji tekstu, dźwięku, zdjęć, grafiki i wideo, komponują, traktując kulturę jako zasób tekstów, które można poddać obróbce. Wielokrotnie nie traktują poważnie prawa autorskiego, które- nie da się ukryć- nie przystaje w obecnej formie do możliwości i potrzeb współczesnego świata.

Uczniowie i studenci nie wykorzystują nowych narzędzi tylko do kreacji na własne potrzeby, poświęcając się własnym pasjom dla przyjemności. Doskonale wiedzą, że w sieci można znaleźć gotowe prace zaliczeniowe, za które czasami trzeba zapłacić, ale równie często można je ściągnąć za darmo. Wystarczy tylko zmienić nazwisko autora i... gotowe. Pracę podają jako swoją, a nieświadomi, w dużej mierze, nauczyciele i wykładowcy, akceptują przedstawione im wypowiedzi lub- to ci nieinternetowi- sprawdzają czy nie popełniono plagiatu w tzw. "gotowcach".

Osobiście wiele razy zetknąłem się z problemem, kiedy wymagałem jeszcze od studentów pisania esejów. Teraz tego nie robię. Notoryczne przykłady "cytowania bez cytatu" i podawania się za autora nie swojego tekstu, zniechęciły mnie dostatecznie. Jedna studentka pięć razy, na pięć różnych tematów prac przynosiła mi posklejane teksty. To się nazywa upartość, prawda? Być może warto to nazwać głupotą, ale może to jest niezrozumienie, na czym polega samodzielna praca? Może w odczuciu wychowanych przy i w komputerach ludzi, samodzielna praca to np. odszukanie informacji, a może kilku różnych tekstów i złożenie ich w całość, którą, być może ich zdaniem słusznie, można podpisać jako własny wytwór? W końcu kompozycja spisu lektur jest chroniona prawem autorskim. Dlaczego nie chronić remiksu, zbudowanego z kilku cudzych tekstów? Co naprawdę myślą studenci, nie wiem.

Z ciekawych "smaczków" mogę podać jeszcze jeden. Bo oszukiwać (o ile w odczuciu studentów, jak pisałem wyżej, jest to rzeczywiście oszustwo) trzeba z głową. Nie raz dostawałem prace, których akapity były pisane różną czcionką, czasami z różną wielkością liter i nawet kolorem tekstu. Zastanawiałem się, czy przypadkiem nie jest to sposób na powiedzenie mi "pan jest idiotą". Kto wie. Ale rekordem była niejednorodna graficznie praca, która na dodatek urywała się w pół zdania, w pół wyrazu. Czasami warto spojrzeć, czy dobrze zaznaczyliśmy tekst do skopiowania...

Po co to właściwie piszę? Otóż zacząłem się zastanawiać, czy zamiast wyłącznie tępić zjawisko plagiatu, nie powinniśmy podejść do niego z innej strony. Pomijam już fakt, że stosowany na uczelniach program "plagiat", który sprawdza samodzielność pisania prac magisterskich, m.in. na podstawie oceny jaki jest procentowy udział cytatów (zaznaczonych!) w pracy, decyduje, czy praca jest samodzielna. Podobno na Wydziale Prawa i Administracji UG studenci drżą, kiedy praca sprawdzana jest przez program (spróbujcie nie cytować w pracy odpowiednich aktów prawnych). I od studentów, znajomych z akademika, gdzie kiedyś mieszkałem, wiem o przypadkach, kiedy promotor pracy po otrzymaniu wyniku z "plagiatu", bez konsultacji z magistrantem, kazał przychodzić do siebie jeszcze przez następny rok na seminarium...

Zatem jak można coś zmienić? Po pierwsze: może powinniśmy zmienić naukę pisania logicznych wypowiedzi. Może przydałyby się w szkole i na studiach warsztaty z pisania klasycznych tekstów? Gdzie uczono by młodych ludzi jak formułować własne myśli, korzystając ze (starego) medium, jakim jest pismo. Jak miałyby owe warsztaty wyglądać- nie wiem. Na pewno musiałyby się opierać na własnej pracy podczas zajęć. Bo po zajęciach wiadomo: "ctrl+c, ctrl+v". Szczerze mówiąc, nie przypominam sobie ani w szkole, ani na studiach, by ktoś próbował mnie uczyć pisemnego wypowiadania się. Szkołą tego nie robi. Gdzieś tam przewija się rozprawka, ale co to za uczenie, jeśli już za pierwszą wypowiedź można najzwyczajniej w świecie dostać "pałę", nie dowiadując się , co było nie tak.

Druga możliwość, która mogłaby być promowana równolegle do pierwszej, to wykorzystanie umiejętności młodych ludzi do sklejania wypowiedzi z różnych mediów. Skorzystajmy z faktu, że potrafią miksować, a jeśli nie potrafią, to na pewno przy takiej formie zaliczania zajęć lepiej się czują. Media to żywioł "pokolenia sieci". Zdaję sobie sprawę, że nie wszystkie zajęcia dałoby się zaliczyć (na pewno nie wszystkie?), przygotowując w grupach (w grupach "pokolenie sieci" podobno pracuje najlepiej) hipermedialne wypowiedzi, multimedialne narracje. Być może dlatego postanowiłem odejść od dotychczasowych wymagań i zamiast linearnej prezentacji w Powerpoincie lub Openoffice, zaproponowałem studentom tworzenie przez dwa miesiące kolektywnych, tematycznych blogów, w których mają wykorzystać różnorodne media. Czy pomysł jest sensowny? To się okaże po zaliczeniu, kiedy grupy, z moją pomocą, będą się wzajemnie oceniać.

Moim zdaniem trzeba odejść od jednostronnego postrzegania plagiatu i zastanowić się, czy wina za zjawisko nie tkwi w nas- nauczycielach, wykładowcach i w kulturowych przemianach, które nieustannie są nam fundowane przez media. Problem będzie narastał, bo nawet jeśli jesteśmy uczciwi, ogromny przyrost informacji może zaowocować również przyrostem oskarżeń o plagiat. Może czas wrócić naprawdę do standardów epoki oralnej i zdetronizować romantycznego autora? Dzisiaj jedynie zasygnalizowałem problem. Może kiedyś uda mi się na ten temat napisać, powiedzieć, albo zmiksować więcej...

Creative Commons License


Ten utwór jest dostępny na
licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 2.5 Polska.

5 komentarze:

Jacek pisze...

Może sposobem na rozwiązanie problemu, byłaby nauka w stylu Cambrige (o ile nie pomyliłem uczelni) czyli: na zajęciach wykonujesz konkretne zadania, podejmujesz dyskusje, a do książek zaglądasz w domu. Bezsensem jest gdy słyszę na wykładzie gdy profesor powtarza myśli, czy wręcz czyta z książki, z którą się zapoznałem wcześniej. Na zajęciach musiałbym - chcąc nie chcąc - pracować (pisać) samodzielnie i myśleć również ;)

GDS pisze...

Przedstawiony przez Ciebie pomysł jest dobry. Ale powinna to być normalna część akademickiej aktywności, to raz. Po drugie, trudno uciec od klasycznego wykładu. No i egzekwowanie od studentów, że czytają zlecone lektury i na ich podstawie pracują- to czasami bardzo trudne zadanie.

Myślę, że trzeba spróbować połączyć kilka strategii. Ja np. podczas zajęć, które z założenia mają charakter warsztatowy, ćwiczę korzystanie z pewnych technologii, a staram się dyskutować ze studentami na forum na platformie Moodle.

Andrzej Pająk pisze...

Moja refleksja na Kulturze 2.0, przy okazji pokazała słabośc wklejania długiego tekstu z Opery do WP.
http://kultura20.blog.polityka.pl/?p=388#comment-23088

apajak pisze...

Po posprzataniu:
http://kultura20.blog.polityka.pl/?p=388#comment-23085

morgiss pisze...

przyznam ze pomysl mi sie podoba i dodam ze powinno byc w ogole WIECEJ WARSZTATOW! zajec warszatowych w oparciu o przeczytane teksty w domu, ale nie zajec polegajacych na odtwarzaniu zadanego tekstu tylko tekst mialby byc podstawa do dyskusji. Wedlug mnie ciagle za malo jest dialogu na uczelni i praktyki. Dzieki dialogowi i zajeciom praktycznym mozna zweryfikowac czy student piszac dana prace korzystal ze swojej glowy ze swoich przemyslen i doswiaczen.
pozdrawiam

 
Free Web Hosting | Top Web Host