Czytam artykuł Marcina Kołodziejczyka "Cyberobywatele" z najnowszego numeru "Polityki" (10 listopada 2007). Zabieram się do niego niechętnie, bo już sam tytuł zdradza, że znowu będzie o wirtualnej przestrzeni, którą nie wiadomo czemu wciąż w Polsce odróżnia się od "realnej rzeczywistości" (idem per idem?). Gdyby zapytać kogoś, czy rozmowy telefoniczne to wirtualna rzeczywistość, zapewne odpowie, że to zupełna normalka, ale klikanie w serwisie społecznym (częściej nazywanym społecznościowym), to już alternatywne życie. I nie pomyliłem się. Zdjęcia w artykule zdradzają, że będzie cukierkowo. Bo każdy na zdjęciu uśmiechnięty (poza panem w windzie), choć zdjęcia naiwnie optymistyczne, emanujące technologiczną, bezkrytyczną fascynacją z daleka (a wiem, że bohaterowie zdjęć nie są bezkrytyczni, zatem Mirek, Marta- jak mogliście "dać się tak pstryknąć"? ;) ).
Niestety, nie pomyliłem się. Oto czytamy o obcokrajowcu, który przyjeżdża do Polski i zamiast poszukać znajomych w klubach, barach itp. siada do komputera, bo zawsze robi tak w nowym miejscu (a Amerykanie podobno zawsze jedzą w McDonalds'ie) i dostaje zaproszenie do goldenline- elitarnej społeczności szukających pracy, na których polują headhunterzy. Podobno goldenline jest elitarne, bo trzeba zostać doń zaproszonym i tego typu elitarność odpowiada wspomnianym głowołowcom. Na wszelki wypadek sprawdzam- i rzeczywiście- w goldenline jak był, tak jest i poprawnie działa formularz rejestracji. Żadne zaproszenie niepotrzebne więc nie wiem, jak to poszło do druku. Ale do tekstu pasowało jak ulał, bo wydaje mi się, że cały początek byłby mniej wciągający, gdyby napisać, że z goldenline może skorzystać każdy. Pomijam już, że goldenline ma podobno w 48 godzin pomóc mi w każdej sprawie, jaka mnie gryzie. Ale nie mogę pominąć odwołania się do "teorii sześciu kroków" zgodnie z którą od każdej osoby na świecie dzieli mnie tylko sześć podań ręki. Podobno jest to poparte szerokimi badaniami. Być może. Jak mawiają na kaszubskiej wsi "nie mówię, że nie". Przypominam sobie tylko, kiedy na własne potrzeby dwa lata temu "przebadałem" kilkudziesięciu najnowszych użytkowników grono.net (tam trzeba było mieć wówczas zaproszenie), żeby zobaczyć cały łańcuch łączący mnie z tymi użytkownikami i okazało się w większości przypadków, że... "brak połączenia". Zatem nie chodziło już o to, że kroków do konkretnej osoby było mniej lub więcej niż sześć, nie było ich wcale.Miło, że autor wspomniał o netykiecie, która rzekomo "poszerza granice grzeczności", m.in. w komunikacji przez gadu gadu. Chciałbym spotkać internautę, który poza tym, że wie o istnieniu netykiety, zna jej zasady i się do nich zawsze stosuje. No i przykład rozmowy via gg też jest świetny, ale przytaczać nie będę, dla korzystających z "gada" to żadna nowość, a jedynie zapychacz wiersza w tekście. Zgodzić się również nie mogę z zacytowanym tekstem Mirosława Filiciaka (domyślam się, że jest wyrwany z kontekstu), jakoby ze względu na to, że gg to komunikacja asynchroniczna, nie jest ważne co piszemy, ale że w ogóle się odzywamy. Mail też jest asynchroniczny i gdyby ktoś pisał do mnie tylko dwuwyrazowe zawołania okraszone emotikonem, szybko "dałbym mu bana". Zatem problem raczej nie w samej asynchroniczności.
Podobno im więcej mamy nazwisk w kontaktach, najlepiej w serwisach, gdzie jest to widoczne, tym lepiej. Spełnia to niby rolę kreacyjną. Możemy wydawać się np. bardziej inteligentni. Może i niektórzy tak uważają. Osobiście nie przyjmuję zaproszeń od osoby, która "zna" już sto pięćdziesiąt innych osób. Pisanie maila raz na cztery lata nie upoważnia do zostania moim znajomym.
No i tekst o "e-śmierci", kiedy nikt nas już nie chce w sieci czytać, ani komentować naszych wpisów na blogu, forum itd. Czyli kolejna próba dowodu, że sieć jest wyjątkowym miejscem, oderwanym od prawdziwego świata, choć moim zdaniem jest jego najzwyczajniejszą częścią. A ciągłe zachwalanie sieciowych możliwości i zawyżanie rangi sieciowej komunikacji jest chyba jedynie wyrazem naszych kompleksów. To właściwie zrozumiałe, kiedy rówieśnicy z Ameryki korzystali z Macintoshy i IBM PC, my nie mogliśmy spać, śniąc o Commodore 64. Ale sami niepotrzebnie napędzamy nasze słabości, które w dużej mierze są już fikcyjne.
Zgodzić się też nie mogę, że internet przestał być anarchistyczny i jest e-demokratyczny (dobrze, że autor używa magicznego symbolu "e-" i zrezygnował ze znaku popularnej "m@łpy"). Właśnie skrajny demokratyzm- zezwolenie niemal wszystkim na zabieranie głosu, niemożność narzucenia swojej woli innym, to jak najbardziej anarchistyczne cechy. Nie wiadomo czemu dziwaczna e-demokracja miałaby być lepsza od anarchistycznych pomysłów, które są na wskroś demokratyczne, demokratyczne bezpośrednio. Inna sprawa, że sny o całkowicie anarchistycznym medium możemy włożyć między bajki.
Uczepiłem się, ale jeszcze przynajmniej jedno. Autor próbuje nam wmówić, że "nadchodzi koniec mediów tworzonych przez zawodowe redakcje". Oczywiście zastąpią je "dziennikarze społeczni" (to oni nie są już obywatelscy?). Proponuję autorowi zajrzeć do największych portali i serwisów informacyjnych, np. tvn24.pl i pokazać mi owych społecznych dziennikarzy. Niestety, ale zdanie mam zupełnie inne. O ile oddolne dziennikarstwo (jeśli to rzeczywiście jest dziennikarstwo, dla mnie nazwa nie ma znaczenia) jest istotne i sam cieszę się ze swobody publikowania, to jednak jestem pełen obaw i wydaje mi się, że po spopularyzowaniu internetu i upowszechnieniu oraz spowszednieniu sieci tak, jak obecnie powszechne są choćby telewizory, większość społeczeństwa, choć będzie sięgać do różnych źródeł informacji, wybierze często te sprawdzone, profesjonalne.
Co jeszcze mogę zanegować? Na przykład "adhokrację", która zdaniem autora służy do wymiany poglądów i szybkiego wydawania werdyktów za lub przeciw jakiemuś nowo opublikowanemu utworowi. Dla mnie demokracja ad hoc, to swobodne zrzeszanie się, skupianie wokół konkretnych tematów i problemów i później szukanie kolejnych interesujących sieciowych miejsc. O głosowaniu nie musi być mowy.
O przedstawionych w artykule naiwnych mitach na temat sieciowego zarabiania, pisać mi się najzwyczajniej nie chce. Pokażcie mi, ilu ludzi dorobiło się na kopiowaniu społecznych pomysłów ze Stanów...
Szczerze mówiąc, dziwię się, że "Polityka", która w moich oczach była pismem podchodzącym do spraw sieci bardzo rzetelnie i krytycznie (teksty Edwina Bendyka czytam zawsze z zaciekawieniem), zdecydowała się na publikację naiwnego artykułu, który wiele spraw upraszcza i jest nie do końca rzetelny. Zdaję sobie sprawę, że społeczne aspekty sieci trudno opisać w jednym tekście, ale może jest to temat za obszerny i za trudny do jednej publikacji. W każdym razie życzę autorowi przyszłych sukcesów i więcej krytycznego podejścia do nowych technologii. Czekam na kolejne teksty, które obiecuję również dokładnie przestudiować.
Mam nadzieję, że krytycy wybaczą mi, jeśli powyższe litery składają się na zjadliwy komentarz, ale złośliwy być nie zamierzałem. Obawiam się, że nasze zakochanie w internetowych społecznościach może nam zbyt łatwo zamydlić oczy i odebrać krytyczny rozum, który w przypadku sieciowej komunikacji jest potrzebny jak nigdy dotąd...

Ten utwór jest dostępny na
licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 2.5 Polska.





6 komentarze:
Trudno się nie zgodzić, zresztą wczoraj odbyłem już kilka rozmów na ten temat i wszyscy mają podobne opinie - są w szoku, że w piśmie gdzie publikuje Edwin Bendyk poszło coś tak bardzo w stylu artykułów sprzed dekady. Jest jasne, że nawet w "Polityce" tekst musi być odpowiednio podkręcony i z tezą, ale tutaj tendencja, która zamianifestowała się gdy niedawno Marcie dopisano do tekstu zdanie o sugerujące podział na świat rzeczywisty i wirtualny, "rozlała się" na cały tekst.
Co do moich "bon motów" w tekście to mogę tylko powiedzieć, że po ich przeczytaniu poważnie zacząłem się zastanawiać, czy nie zrezygnować z dawania jakichkolwiek "kłapów", jeśli takie mają być efekty.
Cieszę się, że moja opinia nie była odosobniona. Bałem się nieco, że wyjdę na marnego krytykanta. Na szczęście nie mamy tylko drukowanej prasy i możemy czytać ciekawsze teksty z różnych źródeł. Chociaż teraz na teksty w "Polityce" będę patrzył bardziej krytycznie.
Artykuł jest rzeczywiście "porażający"...
Istnieje jednak coś takiego jak autoryzacja wypowiedzi. Po prostu trzeba tego pilnować...(nawet w tabloidach-jeśli tego wymagasz-skonsultują z Tobą "kłapa").
Po ostatniej "awanturze" z Tinki Winki "Fakt" wydzwaniał do mnie kilkakrotnie zanim "puścił" komentarz. Wyraźnie jednak zastrzegłem, że tego oczekuję.
Może w tej sytuacji "zadziałał" nimb znawstwa autorów piszących do "Polityki".
Złe wrażenie jednak pozostaje...
Mam nadzieję, że autor wyciągnie nauczkę z negatywnych komentarzy (jeśli do niego dotrą) i będzie solidniej i bardziej krytycznie podchodził do tematu. Oby się tylko nie okazało, że zlecono mu napisanie "takiego" artykułu.
A z autoryzacją, gdyby do mnie zwrócił się dziennikarz "Polityki" (zwłaszcza, że Mirek współpracuje już z Edwinem Bendykiem specjalizującym się m.in. w tekstach o sieci), to pewnie nie przyszłaby mi do głowy autoryzacja. A w przypadku "Faktu" autoryzacja byłaby chyba moją pierwszą myślą.
Wyłapałeś parę uproszczeń, przekłamań i przeinaczeń. Brawo, że włożyłeś kij w mrowisko.
Jest też w artykule, swoją drogą obszernym, kilka fajnych i istotnych spostrzeżeń. Przyznam, że jeszcze raz sięgnąłem po tekst tygodnikowy zainspirowany Twoimi uwagami.
Ważne, żeby był ferment. Ciekawe, w czy w konsekwencji redakcja przygotowując kolejny tekst dotyczącący sieci bardziej się postara?
Na koniec. Warto pamiętać o jednym - tak jak znawcy internetu tropią wpadki dziennikarzy prasowych ad hoc przygotowujących texty, tak czynią podobnie specjaliści od np. stosunków międzynarodowych. Oni też często załamują ręce.
Więc tak:
- jedną rzeczą jest autoryzacja wypowiedzi, inną - w jakim kontekście zostaną one użyte;
- to oczywiste, że i mną trząsnęło, gdy zobaczyłam "cyberobywateli" (nie znoszę takich określeń);
- nie wiem, jak to jest możliwe, by pisać tak dużo o GoldenLine (czy jakiejkolwiek innej społeczności internetowej), niezadając sobie trudu rejestracji tamże;
- pamiętam raport z Polityki o blogach, też miał wiele słabych punktów i tak sobie myślę, że chyba tak to jest z tymi raportami - mają być o bardzo rozległym temacie, w związku z czym uogólnienia, uproszczenia i skróty są niezbędne. Stąd też teksty Edwina Bendyka są o klasy dalej - rzadko kiedy pisze on "teorie wszystkiego", a decyduje się raczej na wyłuskanie jednego detalu i dokładniejsze go opisanie.
No i w sumie nie wiem, niby zawsze cieszę się, gdy w tego typu prasie pojawiają się takie artykuły, bo dzięki temu np. więcej osób rozumie, czym się zajmuję, to z 2ej jednak strony nie wiem, czy takie teksty nie przynoszą jednak więcej szkody?
Prześlij komentarz