Obejrzałem właśnie dyskusję Liz Losh i Henry'ego Jenkinsa pod hasłem "czy edukacja publiczna może współistnieć z kulturą uczestnictwa", która odbyła się w październiku 2011 w ramach "Mobility Shifts. An International Future of Learning Summit". Niekoniecznie można było usłyszeć nowe refleksje, ale na pewno warto się z nimi zapoznać i raz jeszcze nad nimi zatrzymać.
Kultura uczestnictwa, czyli nie Web 2.0
Nie zamierzam skracać całej rozmowy, nie interesują mnie również wszystkie podjęte wątki. Zwróciłem uwagę na kilka interesujących, z których część można uznać za zupełnie oczywiste. Punkt wyjścia to zdefiniowanie przez Jenkina terminu kultura uczestnictwa (participatory culture), na co zdecydował się, tłumacząc, że jego pogląd przez lata ewoluował. Zwrócił uwagę, że jest to zestaw społecznych i kulturowych, a nie technologicznych praktyk. Dlatego Sieci 2.0 nie należy traktować jako synonimu dla omawianego terminu, ale jako biznesowy model. Kultura uczestnictwa powinna być traktowana jako rodzaj obietnicy, że ludzie mogą wziąć media w swoje ręce i za ich pomocą zmieniać kulturę, poczynając od swojej kultury lokalnej.
W pewnym sensie oddzielenie Web 2.0 od kultury uczestnictwa, czy raczej potraktowanie jej jako czegoś, co umożliwia partycypację, ale nie jest ona celem udostępniających określone technologie (a raczej, że może być celem, ale pośrednim, prowadzącym do zysku) wydaje się dość istotne. Sama możliwość kontaktu z ludźmi i tworzenia mniej lub bardziej "wirtualnych" społeczności nie oznacza jeszcze powstania mocy sprawczej. Może jedynie stanowić jej zaczyn. Zahacza to o lukę uczestnictwa, związaną z dostępem do umiejętności, doświadczenia i wiedzy, które pozwalają ludziom na uczestnictwo. Sam dostęp do technologii i jej wykorzystanie do kontaktów społecznych nie musi oznaczać faktycznej partycypacji w podejmowaniu decyzji o sobie, grupie w której funkcjonujemy i na wyższych szczeblach, jak wspólnota lokalna czy państwo. Przygotowanie do tego wymaga zdecydowanie szerszych działań edukacyjnych niż tylko kształcenie w zakresie obsługi określonych narzędzi (co sam zauważyłem wielokrotnie pracując ze student(k)ami - świetna umiejętność powierzchownego korzystania ze społecznych mediów, gorzej jeśli narzędzia miały być wykorzystane do realizacji konkretnego, nastawionego na cel działania i wyjścia poza luźne kontakty, ustalenie priorytetów, celu, wyboru metod i podziału obowiązków*).
Infrastruktura publiczna - podstawa działania
Zdaniem Jenkinsa jedyna infrastruktura, która umożliwia walkę z luką uczestnictwa to infrastruktura dostarczana przez publiczną edukację i publiczne instytucje. Można by się oczywiście w tym miejscu zatrzymać i zapytać - czy na pewno? - ale czy rzeczywiście mamy w tej chwili do dyspozycji porównywalną bazę, pozwalającą na przygotowywanie społeczeństwa choćby w podstawowym zakresie do świadomej społecznej aktywności? W rozmowie Losh i Jenkinsa pojawił się pomysł, że właściwie tylko powrót do szkoły i zapewnienie odpowiedniego przygotowania do kultury uczestnictwa w publicznych szkołach pozwala na pełne przygotowanie społeczeństwa (Jenkins obok szkoły wymienia także publiczne biblioteki). Oparcie walki o kulturę uczestnictwa na zajęciach pozaszkolnych lub wyjściu poza szkołę oznaczałoby pracę z niewielką grupą ludzi. I chyba nie da się uciec od refleksji, że być może całkiem dobre efekty moglibyśmy osiągnąć wracając do "kulejącej" i pozostającej zawsze w tyle szkoły, niż "wysadzając ją w powietrze" i próbując realizować szeroki społeczny projekt w oparciu o faktycznie doraźne, punktowe i prowadzone w małej skali działania (nawet, gdyby udało się zbudować potężną sieć działaczy i działaczek). Co nie oznacza oczywiście, że tylko działania orbitujące wokół szkoły lub nastawione na działanie wewnątrz mają szansę powodzenia. Nielubiana i krytykowana szkoła wciąż może być potraktowana jako świetna baza wypadowa. Jak pisał kiedyś Tomasz Szkudlarek w książce "Media. Szkic z filozofii i pedagogiki dystansu":
Szkoła stanowi w przestrzeni społecznej miejsce zupełnie unikalne -
nawet, jeśli została już pozbawiona wiodącej roli w tworzeniu społecznej
wyobraźni. Jest bowiem prawdopodobnie ostatnią instytucją, gdzie
gromadzą się przedstawiciele wszystkich społecznych grup i kultur, gdzie
toczy się rozmowa (czasem bardzo brutalnie przesycona dominacją jednych
nad drugimi) o znaczeniach i wartościach zbiorowego życia, gdzie owe
znaczenia mogą być ze sobą konfrontowane i gdzie w wyniku konfrontacji
mogą powstawać nowe sensy. Podzielam opinię tych pedagogów, którzy
uważają - jak H. Giroux - że mimo wszystko, mimo dokonującej się w
szkole symbolicznej przemocy i mimo jej silnego uwikłania w reprodukcję
kulturowej dominacji elit - jest to miejsce warte obrony przed
demontażem, miejsce potencjalnie bardzo znaczące dla budowy nieco
lepszego świata niż ten, który zastaliśmy (s. 109).
I chociaż obecnie coraz trudniej o rzeczywiste spotkanie różnorodnych środowisk, pomimo działań osób, którym zależy na demontażu publicznego szkolnictwa nie mamy na szczęście administracyjnego podziału szkół na katolickie i laickie, albo podzielonych dzięki systemowi bonów na jeszcze inne ideologiczne frakcje i oderwane od idei konieczności wyrównywania szans i dawania wszystkim jednakowych podstaw (praktyka nieco temu zaprzecza, ale nie na całej linii).
Szkolny totalitaryzm, braki edukacji nieformalnej i pedagogika wyzwolenia
Temat luki uczestnictwa jest przez Jenkinsa kontynuowany, kiedy zwraca uwagę, że możliwość przygotowywania przez szkołę do kultury uczestnictwa jest związana z koniecznością otwarcia szkoły na nowoczesne narzędzia (jakkolwiek je nazwiemy - urządzenia, gadżety itp.). A to zaledwie pierwszy krok i samo zapoznanie się z technologią nie wystarczy, trzeba jeszcze próbować zrozumieć, co oznacza skorzystanie z technologii i jak można ją wykorzystać. O absurdalnych przykładach ograniczania dostępu do możliwości technologicznych posłuchajcie sami. Mnie utkwiło zdanie Losh, że współczesna klasa szkolna przypomina totalitarne Chiny. Wprowadzanie nowości technologicznych do szkół może być już narzędziem kontroli nie tylko uczniów, ale i samych nauczycieli. Jeśli nie radzą sobie z nowinkami tak, jak powinni (co oceni szkolna administracja lub inne organy kontroli), można obciąć im pensje lub się ich pozbyć. Wprowadzanie nowych narzędzi na lekcje może również rodzić niezdrową konkurencję pomiędzy nauczycielami, a nawet szkołami zamiast skłaniać do skorzystania z potencjału rozwijania współpracy.
Jenkins zwraca uwagę na niezwykle istotną kwestię. Nie jest najważniejsze jak najlepsze wyposażenie i jak najlepszy, czy wręcz doskonały efekt pracy z wykorzystaniem nowych narzędzi. Liczy się samo działanie i wykorzystywanie tych możliwości i sprzętów, które są pod ręką. I jak dodała Losh, nie liczą się gadżety - ipady i inne cuda, ale zaangażowanie. Low tech również pozwala się rozwijać i budować kulturę uczestnictwa. Zatem "zrób to sam" - hasło edu- ,i nie tylko, punków staje się jedną z podstawowych kwestii budowania aktywnego społeczeństwa. Podstawą jest proces tworzenia, a nie efekt. Bo to w trakcie pracy z innymi zbieramy doświadczenia, uczymy się także analizując efekty. Próba osiągania doskonałości już przy pierwszym podejściu mogłaby zabić motywację i radość oraz potencjał różnorodnej interpretacji (byłoby to przecież dążenie do realizacji odlewu z konkretnej, ustalonej wcześniej matrycy). W tym miejscu przydałaby się dłuższa refleksja nad wywiadem "Zamknij się i po prostu to zrób" Alka Tarkowskiego i Agaty Jałosińskiej z Joi Ito. Odniosę się tylko skrótowo, że o ile w trakcie pojedynczych projektów i zdobywania kolejnych doświadczeń długofalowe planowanie nie jest istotne - a o odejściu od starannych planów edukacyjnych przez osoby uczące się mówi Ito - to w przypadku budowania na wielką skalę, a takim projektem jest kultura uczestnictwa i społecznego, długotrwałego uczenia się, nie da się planowania uniknąć. Nie da się także - jak wskazują Losh, Jenkins i Szkudlarek zrezygnować z formalnej edukacji.
W takcie edukacyjnej walki o inne społeczeństwo mogą się pojawić problemy. Jak w jednym z podanych przez Losh studenckich zachowań - jak mówić o tym, co jest właściwe komuś, kto wykorzystuje uczestnictwo w niewłaściwy sposób (np. przy realizacji interesów tylko swojej grupy) lub w ogóle nie ma zamiaru brać udziału? Jenkins z kolei skierował uwagę na problem coraz częstszego dopasowywania się przez studentów do sprecyzowanych wymagań zaliczeniowych (polska szkoła uczy tego kluczami odpowiedzi), przez co znika wiele działań związanych z uczestnictwem, nie wykorzystuje się prawa do stawiania oporu i do wyzwalania z opresji.
* Swoją drogą coraz częściej mam wrażenie, że media społecznościowe to tylko fasada aktywności społecznej - ładna nakładka, która tak naprawdę nie wykracza zbyt często poza "ocieranie się" czy "zlubianie" (o tym ostatnim pisał chyba jakiś czas temu Alek Tarkowski).
Ten tekst, autorstwa Grzegorza D. Stunża jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 Polska.






