poniedziałek, 22 lutego 2010

Programy dla dzieci i młodzieży w TVP

Telewizja Polska wydała komunikat informujący o tym, że nie ogranicza emisji programów dla dzieci i młodzieży.

Kilka dni temu pojawiła się w mediach informacja o zmniejszeniu przez TVP ilości godzin przeznaczonych dla najmłodszych. W zeszły piątek natomiast, TVP podkreślała, iż realizacja misji edukacyjnej jest jednym z jej najważniejszych celów i nie zamierza z niej rezygnować.

Aktualnie codziennie, w dni powszednie w godzinach 8.45 - 10.00 w TVP1 emitowane są bajki, filmy i audycje edukacyjne dla dzieci.

Poza tym, nieprzerwanie od wielu lat o stałej porze najmłodsi mogą oglądać Dobranocki. Dla młodzieży zaś TVP1 oferuje różnorodne seriale (np."Walt Disney w Jedynce - Hannah Montana" czy "Powrót do przyszłości").

W weekendy natomiast, w TVP1 już od godz. 8.40 w każdą sobotę rozpoczyna się "Ziarno", a następnie prezentowane są produkcje Walta Disneya. W niedziele z kolei, emitowane są filmy familijne. Ponadto część powyższych programów nadawana jest również przez TVP Polonia.

wtorek, 29 grudnia 2009

Edukacja medialna w szkole?

Po raz ostatni wracam do spotkania w KRRiT (część pierwsza, część druga). Forum Edukacji Medialnej mogłoby stać się zaczątkiem spójnego kształtowania propozycji dla MEN i szkół w zakresie medialnego kształcenia. Ale nie jestem pewien, czy tak się stanie.

Mirosław Filiciak, po jednym ze spotkań Forum, zwrócił uwagę na dużą reprezentację na spotkaniach edukatorów katolickich. Nie wiem, czy ostatnim razem było ich za dużo. Na pewno za mało było różnorodnych pomysłów i wizji, innych od wizji teologów i księży i od byle jakiej wizji MEN. Skupiono się na strategii medialnego przerażania, wskazywania "zła i krwi" i negatywnych następstw funkcjonowania w "wirtualnej rzeczywistości".

Wybaczcie chaotyczność tego wpisu. Zdecydowałem się na publikację, nie chcąc wyrzucać notatek i kilku refleksji, na jakie zdobyłem się w trakcie spotkania. Wracam zatem do notatek, tworzonych podczas prezentacji dr Drzewieckiego, kiedy omawiał nie wydany jeszcze podręcznik edukacji medialnej dla nauczycieli.

Podczas prezentacji odniosłem wrażenie, że wyprowadzanie działań związanych z edukacją ze "zdrowego rozsądku" - a na "zdrowy rozsądek" powoływał się dr Drzewiecki - to faktycznie ubieranie w zdrowy rozsądek konserwatywnych wartości (nawoływanie m.in. do "wychowania do mediów"). Odwołanie do trzeźwego umysłu jest naturalne i jasno określa przywiązanie ideowe. Jednak jako pedagog wyczulony jestem na ukryte ideologiczne założenia. Nie dyskwalifikuje to rzecz jasna prezentowanego projektu, dobrze wiedzieć do jakich ideałów się odwołujemy i z jakiej ideologii wyprowadzane są cele wychowania. Ułatwia to zdecydowanie dyskusję i krystalizuje warunki sporu.

Jednak odwoływanie się do "normalności", "zdrowego rozsądku", nawet jeśli dzieje się podczas szybkiego prezentowania projektu, kiedy nie zawsze jest czas na dokładne ważenie wypowiedzi, może być potraktowane jako nieczysta zagrywka. Bo jeśli jedna ze stron dyskusji ogłasza monopol na "normalność", o dyskusji nie może być mowy, z góry wiadomo, że jedna ze stron wcale nie zamierza dokonywać ewentualnych rewizji swoich pomysłów. Niestety, identycznie może być z niekatolickimi edukatorami, są przywiązani do swoich koncepcji, budowanych na określonych poglądach, a z wzajemnego braku chęci uczenia się od siebie i ścierania w celu wypracowania jednego pomysłu dochodzimy do niemożliwości powstania konsensusu. Ale zabrnąłem za bardzo w rozważania o polityczności, jestem zdania, że spór i rozróżnienie stron sporu jest niezbędne, przy czym w warunkach polskiego systemu szkolnictwa może to prowadzić do walki, która nie przyniesie pozytywnych konsekwencji z racji braku jednej strategii działania, które środowisko mogłoby przedstawić Ministerstwu Edukacji Narodowej. Kto wie, może się mylę i zamiast jednego projektu edukacji medialnej będzie kilka, tak samo dobrych, chociaż skupionych na nieco innych celach (odwołuję do poprzednich wpisów o Forum Edukacji Medialnej).

Kolejna rzecz, na którą zwróciłem uwagę podczas prezentacji, ale może to być złudne wrażenie, ponieważ nie miałem możliwości zerknięcia do książki, to linearny układ propozycji w podręczniku - kolejne omawianie mediów, co być może warto byłoby zastąpić wyjściem od hipermedialnego internetu i kształcenia w zakresie różnorodności medialnej jako części hipermedialnej przestrzeni. Brakowało nacisku na medialną konwergencję i dominowało prezentowanie kolejnych treści jako oddzielnych mediów. Zastanawiam się, czy dzisiejszą młodzież można jeszcze uczyć krok po kroku w oderwaniu od hipermedialnej rzeczywistości, do której są przyzwyczajeni i z naciskiem na historyczne korzenie konkretnych przekaźników.

W trakcie prezentacji zastanawiałem się, czy zamiast tworzenia oddzielnego przedmiotu, nie warto zacząć wykorzystywać umiejętności uczniów na lekcjach i poza nimi i aktywizować ich w zakresie korzystania z mediów, stawiając na wykształcenie kompetencji medialnych (medialnej) w bardziej rozproszony sposób. Prezentacja dr. Drzewieckiego, który mocno agitował za wprowadzeniem przedmiotu wydawała się przedstawianiem propozycji konieczności wprowadzenia zajęć gramatyki w trakcie nauczania języka obcego, chociaż osoby nauczane dawno potrafią pisać i budować złożone konstrukcje, a nie potrafią jedynie nazwać części zdania (ale to tylko robocze porównanie). Zdaję sobie sprawę, że wprowadzenie odrębnych zajęć ma swoje plusy i momentami dawałem się przekonać zwolennikom lekcji edukacji medialnej, w tej sprawie nie mam sprecyzowanego poglądu.

Dr Drzewiecki wspomniał, że marzy o dobrze wyposażonych pracowniach medialnych. Przez własne doświadczenia szkolne, których nie powinienem uogólniać, mam przeczucie, że to zły pomysł. Może lepiej warto wyposażać wszystkie sale w odpowiedni sprzęt lub dofinansowywać zakup określonego sprzętu przez uczniów. Wciąż dochodzimy do sedna - czy tak naprawdę wprowadzenie hasła edukacji medialnej do szkół nie byłoby przewrotem edukacyjnym. Bo wprowadzenie osobnego przedmiotu może być jedynie przystosowaniem do starego systemu, zawłaszczeniem przestrzeni edukacji medialnej potraktowanej jako wiedza "odtąd dotąd" i sprowadzeniem do czegoś w rodzaju nauczania religii na ocenę.

Zatem i zwarta propozycja jednego przedmiotu wydaje mi się w tej chwili słaba, ze względu na oderwanie od realiów, czyli korzystanie z mediów przez uczniów nieustannie, a nie tylko podczas zajęć, a także z powodu braku wizji edukacji medialnej, która mogłaby zadowolić wszystkich, nie wyprowadzanej tylko z katolickiego poglądu na funkcjonowanie rodziny i "wychowywanie do mediów". Szczerze mówiąc, nie wierzę w powstanie programu alfabetyzacji medialnej przygotowanego przez różne grupy. Niestety, pojawiająca się na drugim biegunie wizja MEN, polegająca na rozproszeniu i rozmyciu edukacji medialnej po wszystkich lekcjach również jest kiepska.

Czeka nas zatem długa i zapewne burzliwa, choć prowadzona w ograniczonym składzie, bo tylko przez garstkę zainteresowanych, debata o kształcie edukacji medialnej, przy braku gwarancji, że doprowadzi do jakichkolwiek zmian.

autor: gds
zdjęcie: www.sxc.hu

Creative Commons License


Ten utwór jest dostępny na
licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 2.5 Polska.

Mobilna edukacja – wyzwanie dla szkoły

Netbooki, konsole do gier i telefony podłączone do sieci. Młodzież korzystająca z komputerów niemal od urodzenia, skazana jest na zderzenie ze szkolną tablicą i kredą. Na szczęście, widać światełko w tunelu.

Żyjemy w świecie przenośnych sieciowych interfejsów. Telefon komórkowy jest nieodłącznym przedłużeniem nas samych, wraz z innymi przenośnymi sprzętami pozwalającymi korzystać z dobrodziejstw internetu. Jak to się dzieje, że szkoła nie wykorzystuje uczniowskich medialnych umiejętności i używanego przez nich na co dzień sprzętu?

Na blogu "Mobilny Internet" opublikowano mój tekst "Mobilna edukacja - wyzwanie dla szkoły". Zachęcam do lektury.

autor: gds
zdjęcie: The Lightworks, CC-BY

niedziela, 20 grudnia 2009

YouTube: zabawa, komunikacja, edukacja?

W czytniku odkopałem wykład prof. Michaela Wescha - amerykańskiego antropologa internetu. W wystąpieniu zatytułowanym
The Machine is (Changing) Us: YouTube and the Politics of Authenticity zajął się postmanowskim "zabawić się na śmierć", zastanawiając nad kulturą egoizmu i komunikacją przez "YouTube".



Wykład warto obejrzeć. Skłania do refleksji nie tylko nad sieciową samotnością. Nagrywając materiał do publikacji na YouTube mówimy przecież do kamery, nie drugiego człowieka i jak pokazuje Wesch, wynikają z tego nowe problemy i autorefleksja samych nadawców komunikatów wideo. Po obejrzeniu wystąpienia zwróciłem również uwagę na konieczność nieustannego opisywania sieciowej rzeczywistości społecznej, po to, by móc konstruować edukacyjne strategie, które jednak, w miarę rozważań, traktuję jako coraz mniej możliwe nie tylko do realizacji, ale i skonstruowania w typowy sposób, czyli do osiągania szczegółowych celów prowadzących do celu głównego. Hipermedialna rzeczywistość i specyfika internetowych mediów skłaniają do odejścia od linearnego, nastawionego na realizację konkretnych zadań, procesu.

Jestem uczestnikiem sieciowej komunikacji, a nieustannie zadziwia mnie zmiana komunikacyjnych nawyków i publicznie zaprezentowana autorefleksja wielu internautów, co można zobaczyć w wykładzie Wescha, kiedy rozpoczynają przygodę z "mówieniem do siebie", publikując wypowiedzi na YouTube. Co mnie ucieszyło, po mocno wątpiącym wniosku o wielowątkowości, hipermedialności i ulotności edukacyjnych działań, to emancypacyjny potencjał YouTube.

Często widywałem przykłady remiksowych działań wideo, domorosłych producentów, którzy wykorzystują różnorodne utwory, by stworzyć nową wartość. Tym razem widziałem inicjatorów, czasami naiwnych, ale społecznie istotnych i refleksyjnych działań, które polegały głównie na prostym kopiowaniu. Powtórzenie, które w YouTube zdarza się często, nie musi oznaczać głupawego kopiowania kiepskiego pomysłu na układ taneczny, może być interesującą komunikacją setek lub tysięcy ludzi, którzy w ten sposób niosą w świat pomysł na zmianę rzeczywistości. Zarówno dokumentując działania, jak i publikując je w sieci. A to może być wykorzystane w trakcie animowania krytycznych działań edukacyjnych, prowadzonych w internetowej przestrzeni. Nie jest to łatwe, trudno ocenić efekty (a do dokładnego ich mierzenia przyzwyczaja nas od wielu lat "utestowienie" edukacji szkolnej). Ale kto wie, może to jest droga przyszłości? W dodatku, nic w tym nowego, przechodzenie do świata hipermedialnej komunikacji skłania do powrotu do starych pomysłów...

I wróciłem do punktu wyjścia - jak ma się formalna edukacja w polskiej szkole do pozaformalnych działań edukacyjnych w przestrzeni internetu?

autor: gds
zdjęcie: thms.nl/ flickr cc-by

Tekst jest dostępny na
licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 2.5 Polska.

czwartek, 17 grudnia 2009

Popkultura i media w edukacji

Pozostajemy w filmowym klimacie. Niedawno obejrzałem "Dystrykt 9", film science-fiction, będący sprytnym połączeniem znanych motywów o kosmitach i spleceniem różnorodnych gatunków filmowych. Kolejny raz popkultura może być zaprzęgnięta do edukacyjnego wózka. Nie tylko w zakresie medialnej edukacji.

Na Ziemię przylatuje statek, który po kilku miesiącach lewitowania nad jednym z miast Republiki Południowej Afryki, zostaje siłą otwarty przez ludzi. Na pokładzie odkrywcy znajdują milion obcych, żyjących w okropnych warunkach. Są transportowani na Ziemię, dostają leki, żywność i wyznacza się dla nich specjalną strefę, w której mogą zamieszkać.

Nietrudno się domyślić, że "strefa dla kosmitów" staje się dzielnicą slumsów. Szybko staje się jasne, że przybysze i ludzie nie są w stanie się zintegrować. W zamkniętej dzielnicy, która przypomina prowizoryczny obóz dla uchodźców, szerzy się narkomania - kosmici uwielbiają karmę dla kotów - międzygatunkowa prostytucja, zdarzają się zabójstwa ludzi poza strefą, dokonane przez przybyszów i agresywne działania wobec obcych.

Film naprawdę warto obejrzeć, bo pomimo aspiracji do hollywoodzkiej produkcji, nie jest jednorodny. Dynamika, polityczne zagrywki i nieprawdopodobny wątek pokazany w konwencji dokumentu pozwalają na dobrą zabawę, pomimo prostoty głównej linii narracji.

Nie zapominajmy jednak, że jesteśmy w Afryce. Główny bohater jest białym urzędnikiem, który dostaje zadanie przekonania kolejnych obcych do przeniesienia do nowego obozu. Skojarzenie z apartheidem nasuwa się samo, dodatkowo, w getcie lokują się czarni przestępcy spoza RPA, działający poza prawem, handlujący z obcymi i próbujący skorzystać z ich tajemniczych broni.

Być może nie pisałbym o filmie, nie czytając wpisu Trici Kress "District 9 - Stupid Movie or Stupidification", w którym autorka kładzie nacisk na brak zrozumienia dla filmu przez większość oglądających. Blogerka pyta, jak to się dzieje, że kiepski "Transformers" zyskuje aprobatę, a odstający od większości ogłupiających produkcji, a jednak trzymający się w tonie Hollywood "Dystrykt 9" traktowany jest jako najgłupszy film naukowej-fikcji?

Tricia pisze w swoim tekście:

"Once I became accustomed to the a-typical faux-documentary aspect of this Hollywood summer blockbuster, I quickly began to replace the “prawns” (derogatory name for alien in the film) with any number of displaced, interned, exploited, and/or exterminated peoples".

Skojarzenie kosmitów z innymi uciskanymi nasuwa się dość szybko. Szkoda, że wielu, zarówno kinowych współoglądaczy, o których wspomina Tricia, jak i recenzentów na forach dyskusyjnych, nie dostrzega potencjału krytyki społecznej, jaki tkwi w tym filmie. Skojarzenie z uciskiem i podziałem na "swoich" i "obcych" jest zrozumiałe nawet dla ludzi, którzy nie widzieli filmu . W redakcji, gdzie dodatkowo pracuję, odnowioną część budynku zajęli informatycy, którzy zostali sąsiadami redaktorów. Na drzwiach wejściowych, w proteście przeciwko ich tłumnemu przechodzeniu przez redakcyjną halę i nieustanne głośnie granie w piłkarzyki, pojawił się plakat "Dystrykt 9, strefa tylko dla ludzi. Obcy precz!". Oczywiście, był to rodzaj czarnego żartu, ale świadczący o jasności filmowego przekazu.

I tutaj chciałbym zwrócić uwagę na edukacyjne możliwości wykorzystania filmu. Nie da się ukryć, że przemówienie do dzisiejszej młodzieży, jeśli do dyspozycji mamy tylko własne refleksje i odwołania do pisanych tekstów, jest niemal niemożliwe. Popkultura wypuszcza jednak co rusz nowe materiały, które po odpowiedniej obróbce intelektualnej można wykorzystać dla dalekosiężnych, edukacyjnych celów.

"Dystrykt 9", jako dynamiczny film akcji, odgrzewający stare wątki science-fiction, świetnie się do tego nadaje. Bo porusza kwestie społecznych nierówności i ucisku, a także międzykulturowej komunikacji. I nie jest to pojedyncza produkcja nastawiona na zysk, którą można wykorzystać do budzenia świadomości, na styku krytycznego myślenia, edukacji medialnej i troski o przyszłość młodego pokolenia. Może brzmi to naiwnie, ale jeśli młodzi nie rozumieją naszego języka, to jedynym wyjściem może być konieczność nauczenia się ich kodu, zwłaszcza, że wielu z wolnościowych pedagogów to ludzie niewiele starsi od zbuntowanych, mało odpornych na konsumpcyjne kuszenie nastolatków...

autor: gds
zdjęcie: dystrykt9

Tekst jest dostępny na
licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 2.5 Polska.

środa, 16 grudnia 2009

Realne skutki "wirtualnej rzeczywistości"

Aktywność zapośredniczona medialnie jest w niektórych kręgach określana jako "wirtualna rzeczywistość". Określenie to jest również słowem-kluczem używanym często przez media. Czy korzystanie z terminu ma jeszcze jakiekolwiek uzasadnienie?

Gracze i surogaci

Miałem okazję obejrzeć ostatnio dwa filmy z gatunku naukowej fikcji, traktujące na podobny temat i nawiązujące do tytułu wpisu. "Gamer" i "Surrogates", bo o tych filmach mowa, zajęły się tematem "wirtualnej rzeczywistości", inaczej jednak niż w wielu starszych produkcjach, uciekając również od potocznego rozumienia terminu.

W "Gamerze" mamy do czynienia z rozpowszechnieniem wśród ludności korzystania z gier, pozwalających na bezpośrednie sterowanie postacią i odczuwanie jej doznań. Nie jestem pewien, czy można jeszcze mówić w tym wypadku o grze komputerowej, ponieważ interfejs używany przez gracza znacząco odbiega od używanych obecnie, załóżmy jednak, że to rodzaj kontrolera używanego w przyszłości.

W świecie "Gamera" popularne są dwie gry: "Społeczność" i "Rzeźnia". Pierwszą automatycznie skojarzyłem z "Second Life". Gracz steruje wybraną postacią. Kierowane przez ludzi "obiekty" wykonują nakazane ruchy. Tańczą na ulicach, bawią się w klubach, korzystają z używek i często uprawiają seks. Gra nie ma określonego celu, raczej "dzieje się" niż zmierza w określonym kierunku. W "Rzeźni" kontrola dotyczy żołnierzy na polu walki i zadaniem jest przejście cało do kolejnego etapu.

Jednak od dzisiejszych gier wspomniane wyżej różni jedno - w obu gracz kontroluje żywych ludzi. Wszystkie rozkazy wydane postaci są rozkazami dla człowieka, który - w przypadku "Społeczności" - zgodził się podporządkować i poddać kontroli za pomocą specjalnych nanobotów umieszczonych w mózgu lub - jak w "Rzeźni" - jest skazańcem, któremu dano szansę unieważnienia wyroku, wcześniej jednak wciągając w krwawą grę. Grę, która jest nią dla sterującego, dla sterowanego to jednak życiowa, smutna rzeczywistość.

Nie będę rozwijał fabuły filmów, nie ona jest najważniejsza. W "Surrogates" sytuacja wygląda podobnie. Z tą różnicą, że nie ma wydzielonych światów gry, gdzie aktorzy decydują się poddać woli znudzonych życiem zawodników. Na świecie zaszły zmiany, polegające na rezygnacji przez większość ludzi z wychodzenia z domów, na rzecz korzystania z własnej, udoskonalonej, a nawet zupełnie różnej od oryginału "kopii". "Kopia" jest sterowana z mieszkania i wygląda oraz zachowuje się jak ludzka istota. To robot, ulepszona wersja nas samych.

Rzeczywistość awatarów

Co mają wspólnego z dzisiejszą globalną siecią informacyjną sterowanie ludźmi za pomocą specjalnych implantów czy kierowanie robotami? Otóż, korzystając z internetowych kanałów komunikowania, podobnie jak we wspomnianych filmach, zapośredniczamy procesy komunikacyjne. Często za nas przemawiają nasze sieciowe awatary - nie chodzi mi tu wyłącznie o ikony na forum dyskusyjnym czy postaci z second life. Awatarem (nie używam odniesienia do filmu celowo) jest nasz wizerunek tworzony podczas komunikacji w sieci. Ale porównanie to może zostać uznane za naciągane, dodam zatem, że nie chodzi mi wyłącznie o tak banalny wniosek.

Rzeczywistość filmowa i świadomość "awataryzacji" naszej przestrzeni komunikacyjnej, skłoniła mnie do refleksji - w świecie "Gamera" i "Surrogates", choć w nieco inny sposób, nie ma mowy o "wirtualnej rzeczywistości". Świat odbierany za pomocą aktora w "Społeczności" czy za pomocą robotycznej kopii w świecie surogatów, jest traktowany jako rzeczywistość jak najbardziej prawdziwa (brzmi to absurdalnie, ale nie mniej niż "rzeczywistość wirtualna"). Chociaż kontrolujący swoje awatary przeżywali rodzaj szoku, kiedy przerywany był kontakt z siecią i sterowaną postacią. Jak w przypadku tłustego mężczyzny, grającego seksowną kobietą w "Gamerze", czy kiedy grany przez Bruce'a Willisa bohater odstawiał do szafy manekina i na specjalnym łóżku "budził się" jako starszy mężczyzna, mocno różny od robota, którego właśnie przestał kontrolować.

Czy z nami, ludźmi korzystającymi z globalnej komunikacji, nie jest podobnie? Nie da się ukryć, że komunikacja za pomocą sieci jest inna niż twarzą w twarz, nawet gdy oglądamy rozmówcę podczas wideorozmowy. Niedawno naukowcy odkryli, że w procesie rozmowy bierze udział również nasza skóra, wychwytując natężenie powietrza wydychanego podczas wypowiadania słów. Nie da się tego odwzorować tylko oglądając rozmówców, a już w ogóle nie jest to możliwe w przypadku komunikacji tekstowej, gdzie próbujemy ułomnie naśladować mowę ciała rozmaitymi emotikonami. Czy jednak uznajemy zapośredniczoną komunikację za nieprawdziwą? Czy uzależnienie cywilizacyjne od mediów należy traktować tylko jako zło, zapominając o możliwościach i nowych szansach, jakie daje nam sieciowa komunikacja?

Ku przestrodze złym diagnostom

Zapewne korzystanie z mediów to nie to samo co spotkania w kawiarni, sali seminaryjnej czy podczas meczu. I podobnie jak bohaterowie opisanych filmów, czujemy, w momencie "odłączenia", że coś się zmieniło. Ale w trakcie komunikacji jesteśmy w nią zaangażowani, traktując technologiczną formę jako część naszej rzeczywistości. Dlatego warto pamiętać, że jeśli skupimy się głównie na kreacji swojego wizerunku, a komunikacja będzie dla nas ważniejsza niż fizyczna codzienność, możemy obudzić się w fotelu, wyglądając jak karykatury człowieka, ofiary maszynowego pożarcia przez "cudowne" technologie...

Sztuczne dzielenie świata na "prawdziwy" i "wirtualny", choćby ten drugi w pewnym sensie kojarzył się ze śnieniem, to błąd, jakiego podtrzymywanie zemści się na tych, którzy operując terminem "wirtualności" chcą chronić społeczeństwo i młodych ludzi, przed negatywnymi konsekwencjami korzystania z mediów. Bo zła diagnoza nie jest w stanie doprowadzić do zastosowania właściwych leków.



autor: gds
zdjęcie: gamerthemovie

Creative Commons License


Tekst jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 2.5 Polska.

Dzień Domeny Publicznej

Dzień Domeny Publicznej to nasze wspólne święto. Święto tego, co dostępne dla wszystkich i za darmo, podkreślające rolę, jaką odgrywa domena publiczna w budowaniu kultury i wiedzy. Co roku 1 stycznia, na całym świecie otwiera się dostęp do nowych zasobów, które przestały podlegać prawu autorskiemu i przeszły do domeny publicznej.

W Polsce 1 stycznia 2010 roku do domeny publicznej przechodzą utwory tych twórców, w przypadku których w 2009 roku minęło siedemdziesiąt lat od ich śmierci. Po raz drugi obchody Dnia Domeny Publicznej organizuje w Polsce Koalicja Otwartej Edukacji, skupiająca organizacje i instytucje tworzące otwarte zasoby edukacyjne i lobbujące na ich rzecz.

30 grudnia 2009 roku chcielibyśmy zaprosić wszystkich, dla których ważny jest sposób dostępu do dóbr kultury, którym bliska jest troska o dziedzictwo - «filary», na których stoi nasza kultura, którzy wreszcie pragną dowiedzieć się więcej o wolnej kulturze czy otwartych zasobach edukacyjnych.

Spotykamy się o godzinie 12.00 w Bibliotece Narodowej w Warszawie, żeby rozmawiać o roli otwartości kultury, domenie publicznej, prawie autorskim, publicznych subsydiach, które powinny wracać do nas w postaci darów kultury czy nauki. O wszystkim rzeczowo, ale bez pretensji do ekskluzywnych naukowych dyskusji. Ponieważ ten dzień, tak jak i domena publiczna jest dla wszystkich.

Więcej informacji o Dniu Domeny Publicznej na Wikipedii i na stronach KOED.

Miejsce imprez: Biblioteka Narodowa w Warszawie

Data: 30 grudnia 2009

Godziny: 12:00-17.30

W programie:

12:00 - Otwarcie dr Tomasz Makowski, Dyrektor Biblioteki Narodowej

12.20 - Prezentacja multimedialna “Na czym stoi kultura?” - Jarosław Lipszyc (Fundacja Nowoczesna Polska), Bożena Bednarek-Michalska (Stowarzyszenie Bibliotekarzy Polskich, EBIB), Kamil Śliwowski (Fundacja Nowe Media).

Warsztaty:

13:20- 15:00 Wolna kultura w praktyce - prowadzenie Alek Tarkowski (Creative Commons Polska / ICM UW) Otwarte Zasoby Edukacyjne (OER) - tworzenie i wykorzystywanie w działaniach instytucji edukacyjnych i pozarządowych - prowadzenie Jarosław Lipszyc (Fundacja Nowoczesna Polska).

15:00-15:15 - przerwa

15:15-17:00 Domena publiczna w Polsce i na świecie - aspekty prawne - prowadzenie Piotr Waglowski (prawo.vagla.pl) oraz Kalkulator domeny publicznej - prowadzenie Tomasz Ganicz (Stowarzyszenie Wikimedia)

Wydarzenie jest otwarte dla wszystkich, warsztaty z racji ograniczonej przestrzeni wymagają wcześniejszego zgłoszenia. Postaramy się zmieścić wszystkich chętnych, a tymczasem prosimy o rejestrację mailową na adres: kamil.sliwowski@nowemedia.info (w temacie listu proszę podać Dzień Domeny Publicznej a w liście tytuł warsztatu, w którym chce się wziąć udział).

źródło: KOED

grafika: KOED

sobota, 5 grudnia 2009

Forum Edukacji Medialnej, część druga

Przedstawiam drugą część informacji na temat spotkania Forum Edukacji Medialnej, które odbyło się 18 listopada w Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji. W pierwszej części relacji zaprezentowałem skrócony opis spotkania. W poniższym tekście skupię się na opisie wybranych wątków z prezentacji dr. Piotra Drzewieckiego, pomijając właściwie kwestię podręcznika. Przywołam także dyskusję pomiędzy uczestnikami spotkania, która momentami była bardzo gorąca. Ze względu na długość opisu, zmuszony jestem do wydzielenia części trzeciej, w której podsumuję spotkanie oraz dorzucę garść własnych refleksji na temat edukacji medialnej.

W wystąpieniu dr. Drzewieckiego edukacja medialna została określona jako wychowanie do korzystania z mediów. "Edukacja medialna będzie kładła nacisk na kwestie mądrości" - dr Drzewiecki. W wystąpieniu pojawił się pomysł, że być może warto przerażać społeczeństwo, by zwróciło uwagę na media, a następnie kreować pozytywną odpowiedź w postaci edukacji medialnej. Było to zapewne odniesienie do prezentowanych w pierwszej części opisu spotkania społecznych reklam wyczulających na zagrożenia sieci.

Podczas prezentacji dr. Drzewieckiego pojawiło się kilka propozycji medialnego kształcenia, m.in. wychowanie do mediów w rodzinie (rodzina została wyeksponowana jako podstawowe środowisko wychowawcze, a zatem i pełniące rolę podstawowego edukatora medialnego), postulat by wprowadzić edukację medialną w szkole jako oddzielny przedmiot i sugestia o konieczności powołania społecznego ruchu, w związku z brakiem zaangażowania rodziny i szkoły w kwestii edukacji medialnej. Szkoła miałaby być uzupełnieniem dla rodziny, ze względu na niemożność "ogarnięcia" wszystkiego w rodzinie, a całość wysiłków byłaby wspierana społecznymi działaniami.

Poza odwołaniem do podstawowej roli wychowawczej rodziny, pojawiło się również odwołanie do średniowiecznych i starożytnych wzorców edukacji nastawionej na wszechstronny acz zdyscyplinowany rozwój, edukacji, jakiej według dr. Drzewieckiego obecnie nie ma, a która w świecie medialnych zagrożeń mogłaby być lekiem na wychowawczo-medialne problemy współczesności.

Według dr. Drzewieckiego edukacji medialnej powinno się uczyć jak historii, prezentując treści kolejno, pokazując jak powstawały media i wyjaśniając że np. zamiast "aparatu słuchowego dla cioci" powstał telefon. Prezentujący zauważył również, że jeśli treści edukacji medialnej rozpraszają się po różnych przedmiotach, to równie dobrze wszyscy mogliby uczyć wf-u podczas swoich zajęć.

Prof. Furmanek, odpowiadając Drzewieckiemu, nie zgodził się, że edukacja medialna to tylko wychowanie. Uproszczoną, odmienną definicję sformułował prosto: "edukacja medialna to odbieranie komunikatów i formułowanie komunikatów".

W dyskusji wzięła udział również przedstawicielka Ministerstwa Edukacji Narodowej, wyjaśniając, że edukacja medialna może być prowadzona podczas wszystkich zajęć i wymieniała kolejno na jakich lekcjach można korzystać z dorobku edukacji medialnej, wskazując poza innymi również muzykę i plastykę. Poinformowała także, że dyrektorowie mogą samodzielnie zdecydować o przeniesieniu kilku godzin z puli lekcyjnej na zajęcia edukacji medialnej. Spotkało się to z odpowiedzią dr. Drzewieckiego, że skoro decyzje zależą od dyrekcji, nie potrzeba MENu do wprowadzania edukacji medialnej w szkołach. Prof. Furmanek powiedział, że opis MENu na temat edukacji medialnej w szkole, prowadzonej na każdej lekcji, to nie opis edukacji medialnej, "to nie jest edukacja medialna, bo równie dobrze można mówić, że korzystanie z długopisu to już wprowadzanie elementów edukacji medialnej".

Swoje wątpliwości wyraził minister Boroń: skoro treści edukacji medialnej są rozproszone po wszystkich lekcjach, do kogo kierować treści zawarte w proponowanym przez dr. Drzewieckiego podręczniku?

Jednym z ostatnich głosów przed ostrym, ale jałowym sporem pomiędzy zwolennikami przedmiotu edukacja medialna a przedstawicielką MENu, był głos Jarosława Lipszyca. Lipszyc zaproponował stworzenie podstawy programowej, wszystko jedno jakiego przedmiotu czy też jego części, która pozwoliłaby usystematyzować program. Byłby to zdaniem Lipszyca punkt wyjścia do dalszych działań.

Przerwą w kłótni, o czym pisałem w pierwszej części, było wystąpienie dr. Łęcickiego, który przedstawił przykłady realizacji edukacji medialnej w szkole.

autor: gds
zdjęcie: www.sxc.hu

Creative Commons License


Ten utwór jest dostępny na
licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 2.5 Polska.

Obserwatorzy

eXTReMe Tracker